📱

Get Our Mobile App

Take your business learning on the go!

Download on the App StoreGet it on Google Play

Naukowcy weszli do ŚWIATA DMT. Ktoś CZEKAŁ w środku.

Dawid Sołtan42:50

Transcription

Zażycie DMT sprawi, że pokój, w którym jesteś, zniknie. Przeniesiesz się do obcego świata, w którym będą czekać na ciebie nieznane istoty nazywane maszynowymi elfami. Spotkania z nimi kończą się różnie. Jedni mówią o miłości, jakiej nigdy nie zaznali w życiu, inni o czystym koszmarze. Terens Mc Kena nazwał tę intensywność śmiercią poprzez zdumienie.

Czy naprawdę trafiasz do innego świata? Czy to jedna z najbardziej przekonujących iluzji, jaką potrafi stworzyć twój mózg? Przestrzeń. DMT sprawia, że twoje otoczenie może zniknąć. Zamiast kolorowych halucynacji możesz znaleźć się w obcej przestrzeni i spotkać ruchliwe istoty, które sprawiają wrażenie inteligentnych. Najbardziej rozpoznawalne z nich nazwano maszynowymi elfami. Niezależnie od tego, czy istnieją naprawdę, czy powstają wyłącznie w naszej głowie, samo zjawisko jest zdumiewające. Czy spotkania z nimi są wizytą w obcym świecie, czy zwykłą iluzją?

Zanim pojawią się pierwsze obrazy, ciało często daje sygnał, że DMT zaczyna działać. Badacze przeanalizowali 3778 relacji. W ponad 1/3 z nich pojawiły się różne odczucia cielesne. W ponad 15% dzwonienie w uszach, a w niecałych 9% wrażenie gwałtownego ruchu albo spadania. Odczucia te nie muszą pojawiać się razem ani w stałej kolejności.

Ojciec chrzestny psychodelików Teres McKena opowiadał, że podczas jednego ze swoich wczesnych doświadczeń z DMT w latach 60 przeniósł się do obcej labiryntowej przestrzeni. Spotkał tam ruchliwe istoty przypominające połączenie owadów, elfów i maszyn. Podsuwały mu małe tabliczki pokryte nieznanym pismem. Mckena jednocześnie słyszał i widział ich mowę, która przybierała postać kolorowych, obracających się przedmiotów. Najdziwniejszy nie był jednak ich wygląd, lecz zachowanie. Zbliżały się do Mceny i zwracały się bezpośrednio do niego, jakby wiedziały, że pojawił się w ich świecie. Mckena nazwał te istoty maszynowymi elfami. To doświadczenie zrobiło na nim tak ogromne wrażenie, że przez kolejne trzy dekady próbował zrozumieć, czego właściwie doświadczył.

Takie spotkania nie zawsze budziły jednak zachwyt. Czasem przybierały formę najgorszego koszmaru. W dużym badaniu 41% respondentów wspominało o strachu, chociaż w relacjach często pojawiały się również miłość, życzliwość i radość. Jedno nie wykluczało drugiego. To samo spotkanie mogło jednocześnie przerażać i zachwycać. Mena nazwał tę intensywność Death by Astonishment, śmiercią poprzez zdumienie.

Kiedy jednak opadły emocje, pojawiło się inne pytanie. Dokąd właściwie trafiają ludzie po zażyciu DMT? Kraina DMT. Ponad pół wieku po przełomowych doświadczeniach Terensa Mckeny naukowcy przeprowadzili wywiady z 36 doświadczonymi użytkownikami DMT. Wszyscy mieli wrażenie, że opuścili znany im świat i znaleźli się w zupełnie innym miejscu. Nie chodziło tylko o niezwykłe kolory czy geometryczne kształty. Zmieniało się całe otoczenie. Nie wszyscy koneserzy międzywymiarowych wypraw opisywali to samo miejsce. Scenerie różniły się, ale jeden element był zawsze taki sam. Uczestnicy nie czuli, że oglądają wizję z zewnątrz. Czuli, że znaleźli się w jej wnętrzu. Być może DMT sprawia, że ludzkie mózgi tworzą podobne światy. Możliwe też, że różne osoby trafiają do innych części tej samej rzeczywistości.

Niektóre elementy powtarzały się zaskakująco często. W 44% relacji pojawiały się geometryczne kształty. W 22% uczestnicy opisywali konstrukcje przypominające wnętrze maszyny. Geometria i technologia sprawiały, że miejsca te nie wyglądały jak przypadkowe zlepki różnych obrazów. Przypominały raczej przestrzenie zaprojektowane przez kogoś według określonych zasad, zasad, których kompletnie nie rozumiemy. Część badanych opisywała moment, w którym znajdowała się wewnątrz jakiegoś pokoju. Niektórzy nazywali to miejsce poczekalnią, przestrzenią, w której czeka się na kolejny etap podróży. Wobec tak niezwykłych opisów określenie Kraina DMT przestaje brzmieć jak przesada.

Tymi zagadnieniami zajmują się Andrew Gallimore, neurobiolog i farmakolog, badający naturę doświadczenia DMT oraz Rick Strman, psychiatra, który w latach 90 przywrócił DMT do amerykańskich badań klinicznych. Według Galimora podczas pełnego doświadczenia DMT zwykły świat zostaje całkowicie zastąpiony alternatywnym wszechświatem. Nie jest to jedynie filtr nałożony na ściany twojej sypialni, lecz coś zupełnie nowego. Otoczenie znika, a człowiek ma poczucie, że naprawdę znalazł się gdzieś indziej, mimo że jego ciało przez cały czas pozostaje w tym samym miejscu.

Galimore opowiadał, że podczas własnego doświadczenia z DMT trafił do ogromnej hipertechnologicznej przestrzeni zbudowanej przez obcą inteligencję. Nie widział tam żadnych istot, a mimo to miał silne poczucie, że nie jest sam. Sam wygląd i ogrom tego miejsca wywołały w nim wrażenie obecności czegoś potężnego. Jego relacja pokazuje, że poczucie kontaktu z czymś nieznanym może pojawić się nawet bez ujrzenia konkretnej postaci. Obca inteligencja wcale nie musi mieć fizycznej formy.

Co jeszcze bardziej zaskakujące, obce otoczenie czasami wydawało się ludziom znajome. Zdarzały się relacje, w których badani odnosili wrażenie jakby należeli do tego miejsca. Przyznaj, że jest to zaskakujące. Trafiasz do świata, którego nigdy wcześniej nie widziałeś, a mimo to czujesz, jakbyś wrócił do własnego domu. Według Andrew Galimora, tak głębokie doświadczenie może nawet sprawić, że zapomnisz, że jesteś człowiekiem. Galimor mówił wręcz, że odnosił wrażenie, iż staje się obcą istotą, częścią nieznanego świata. Wszystko wraca do normy dopiero wtedy, gdy DMT przestaje działać.

Rick Strassman podzielił relacje ochotników na kilka kategorii. Jedną z nich nazwał doświadczeniem niewidzialnego świata. Ponad połowa ochotników, którzy otrzymali wysoką dawkę substancji miała wrażenie, że trafiła do rzeczywistości istniejącej niezależnie od nich. Najważniejsze było jednak to, że ta obca przestrzeń nie była całkowicie pusta. Ludzie spotykali tam istoty. Kraina DMT mogła więc mieć mieszkańców, a ich symbolem stał się maszynowy elf Mcena.

Dla McKeny maszynowy elf był czymś więcej. Podobne istoty pojawiały się podczas kilku sesji, dlatego zaczął szukać ich śladów także poza własnymi doświadczeniami. Nie wiadomo dokładnie, kiedy McKena po raz pierwszy spotkał te istoty. Andrew Gallimore uważa, że do pierwszego spotkania doszło krótko po przyjeździe McKeny do Kalifornii w 1965 roku. Według Marka Deriego wydarzyło się to podczas deszczowego wieczoru w lutym 1967. Nie ma to tak naprawdę znaczenia. Mkencena, najważniejszy trop znalazł w pracy Richarda Evansa Schultesa, jednego z pionierów etnobotaniki. Szulcz opisywał mało znany amazoński preparat o nazwie UQ wytwarzany z żywicy drzew należących do rodzaju wirola. Żywicę mieszano z popiołem innych roślin, formowano w niewielkie kulki, a następnie połykano. Mcken najbardziej zainteresowało jednak to, do czego Indianie Vitoto używali tego preparatu. Według opisu mieli dzięki niemu rozmawiać z małymi ludźmi i zdobywać od nich wiedzę.

Podczas sesji z syntetycznym DMT McHena spotykał małe elfopodobne maszyny. Teraz przeczytał, że amazońskie plemię wykorzystywało roślinny preparat zawierający DMT do kontaktu z małymi ludźmi. Potraktował to jako trop, za którym należało podążyć. Zaledwie cztery miesiące po śmierci matki bracia Terens i Denis McKena postanowili porzucić dotychczasowe zajęcia i na własny koszt wyruszyć do Amazonii. W tamtym momencie Terens miał zaledwie 24 lata. W 1971 roku ruszyli w stronę położonej w kolumbijskiej dżungli osady Lachorera. Chcieli odnaleźć UQ i sprawdzić, czy ten specyfik zawierający DMT pozwoli im doświadczyć tego samego niezwykłego stanu, który McKena przeżył w Berkley. Po dotarciu na miejsce ich plan całkowicie się jednak zmienił. Wokół Lachorery rosły ogromne ilości grzybów psylocybinowych, które szybko odciągnęły ich uwagę od UQ. Te grzyby to właśnie grzyby, a nie poszukiwany preparat stał się podstawą słynnego eksperymentu braci Mcena. W jego trakcie mieli poczuć obecność niewidzialnego, hiperprzestrzennego bytu, którego uznali za swojego sprzymierzeńca. Według ich relacji obserwował przebieg wydarzeń, a czasami nawet delikatnie ingerował w eksperyment i prowadził ich w określonym kierunku.

W trakcie tripów braciom towarzyszyły motywy o obcym, owadzim i futurystycznym charakterze. Dlatego połączyli je z wcześniejszymi doświadczeniami, podczas których widzieli ludzi przeobrażających się w owado podobne formy. Zaczęli więc spekulować, że inteligencja, która ich obserwowała, może być czymś w rodzaju antropologa z innego świata. Bracia uznali, że te istoty chcą przekazać ludzkości wiedzę, która otworzy jej drogę do galaktycznej wspólnoty. Prywatne doświadczenie zaczęło w ten sposób przeradzać się w rozbudowaną teorię dotyczącą obcej inteligencji, budowy czasu i natury rzeczywistości. Podczas wykładów i wywiadów McKena opowiadał o swoich doświadczeniach. W 1993 roku przedstawił historię amazońskiej wyprawy w książce True Hallucinations. Dzięki popularności Mceny maszynowe elfy stały się jednym z najbardziej rozpoznawalnych motywów związanych z DMT.

Nie musi to jednak oznaczać, że Mckena sam stworzył ten motyw. Andrew Gallimore wskazuje na relacje z lat 50 oraz na przypadki osób, które nie znały opowieści McKeny, a mimo to opisywały podobne małe i psotne istoty. Galimor nie przedstawił jednak dokładnej liczby takich przypadków ani formalnej analizy porównującej ich opisy. Możliwe więc, że Mckena nie wymyślił maszynowych elfów, lecz nadał wyrazistą nazwę czemuś, co pojawiało się już wcześniej.

Z czasem bracia zaczęli ostrożniej traktować własną teorię. W przedmowie do wydania The Invisible Landscape z 1994 roku Denis Mckena przyznał, że nie potrafiłby już obronić wielu dawnych pomysłów z naukowego punktu widzenia. Nie chciał również traktować ich jako prawdy objawionej. Nie odrzucił samego przeżycia. Przyznał jednak, że nie wie, czym właściwie ono było i nie potrafi już obronić wszystkich wyjaśnień, które wraz z bratem stworzył w młodości. Z mojej perspektywy ta niepewność zwiększa jego wiarygodność. Pokazuje, że Denis potrafił oddzielić niezwykłe przeżycie od teorii, która miała je wyjaśnić. Teoria osłabła, ale nazwa przetrwała.

Zanim spróbuję ustalić, czym mogą być te istoty, trzeba sprawdzić, co właściwie kryje się pod nazwą maszynowe elfy i czy w ogóle da się zamknąć je w jednej sylwetce. Anatomia elfa. Niezwykle trudno uchwycić jeden spójny obraz maszynowego elfa. Im bardziej zagłębiasz się w opisy McKeny, tym wyraźniej widzisz, że nie przedstawiają one stałej sylwetki, lecz proces zachodzący na oczach obserwatora. Mckena opisywał te istoty jako samotransformujące się połączenie maszyny, owada i elfa. Czasami porównywał je do wysadzanych klejnotami piłek do koszykówki, które same kozłowały, piszczały i kwiczały. Nie miały głowy, stałej liczby kończyn, ani sylwetki, którą dałoby się odtworzyć. Jednocześnie przypominały żywy organizm, maszynę i przedmiot obdarzony własną wolą, a ich forma zmieniała się tak szybko, że granica między tymi kategoriami przestawała mieć znaczenie.

Jeszcze dziwniejsza była ich mowa. Piski i kwiki przybierały postać metalicznego deszczu, który opadał w przestrzeni i zamieniał się w przedmioty przypominające jaja w Aerżet. W innym opisie kolorowa mowa przybrała postać obracających się maszyn z luminescencyjnej nadprzewodzącej ceramiki i żeli ciekłokrystalicznych. Czymkolwiek była ta mowa, jej frazy zamiast znikać nabierały objętości, połysku i kształtu.

Andrew Gallimore wskazywał natomiast na kilka powtarzających się cech. Niewielki rozmiar, ruchliwość, chichot i figlarność. Samo słowo maszynowy również może wprowadzać w błąd, ponieważ nie zawsze opisuje ciało danej istoty. Czasami to całe otoczenie wydaje się technologiczne, a jego mieszkaniec nie przypomina niczego, co znamy. W skalę tego problemu pokazuje badanie na 36 doświadczonych użytkownikach DMT. 34 z nich opisało spotkanie z jakąś świadomą istotą. Wynik obejmował jednak wszystkie napotkane byty, nie tylko maszynowe elfy. W 72% relacji istoty nie przypominały ani ludzi, ani zwierząt. W co czwartej relacji inteligencję przypisywano żywej strukturze. Natomiast ludzkie postacie pojawiały się tylko w 17% przypadków. Mimo braku ludzkiej twarzy czy zwierzęcego ciała uczestnicy przypisywali napotkanym formom świadomość. Sam wygląd nadal niczego nie rozstrzygał.

Znacznie trudniej było wyjaśnić moment, w którym napotkana istota zaczynała reagować bezpośrednio na obecność człowieka. Pamięć. Reakcja na obecność człowieka była dopiero początkiem. W niektórych relacjach istoty zachowywały się tak, jakby pamiętały wcześniejsze spotkania z ludźmi. To właśnie miało przydarzyć się Karlowi Heidenowi Smytowi, którego Galimore nazywa pierwszym uczestnikiem badania Imperial College nad przedłużonym tripem na DMT. Po początkowym zastrzyku Smith otrzymywał substancje w powolnym wlewie przez kolejne pół godziny, dzięki czemu doświadczenie nie kończyło się po kilku minutach. Według Galimora Smyt jako jedyny przeszedł pełny cykl pięciu sesji, jednej z placebo i czterech z coraz większą dawką DMT. Podczas kolejnych sesji miał spotykać te same istoty, a ich zachowanie zmieniało się tak, jakby zaczynały go rozpoznawać. Opublikowane wyniki potwierdziły, że podczas 30minowego wlewu poczucie spotkania z istotami mogło utrzymywać się przez cały czas podawania DMT.

Najdziwniejszy szczegół pochodzi jednak z relacji Galimora. Sesji, podczas której Smyt został podłączony do aparatury badawczej. Kiedy urządzenie rozpoczęło pomiary, istoty miały zgromadzić się wokół niego i sprawiać wrażenie zaciekawionych albo zdezorientowanych docierającym do nich sygnałem. Smith odniósł wrażenie, jakby to one zwykle przeprowadzały podobne badania.

Żeby zrozumieć jak w ogóle doszło do podobnych eksperymentów trzeba cofnąć się do lata 1988 roku. Wtedy Rick Strassman odwiedził McKenę. Przez całe popołudnie siedzieli w jego lofcie i zastanawiali się jak ponownie rozpocząć badania na DMT. Postawili na podstęp. Strasman miał ubiegać się o pieniądze przeznaczone na amerykańską wojnę z narkotykami. Zamiast przedstawiać DMT jako fascynującą substancję, opisał ją jako dziwną, potencjalnie niebezpieczną i być może związaną z występowaniem psychozy. Projekt został więc ostatecznie przedstawiony jako badanie ważne dla zdrowia publicznego. Mkena nie tylko opowiadał o własnych doświadczeniach. Pomógł Strasmanowi zaplanować program, który miał przenieść pytanie o DMT z sal wykładowych do laboratorium.

W latach 1990-1995 Strasman podał DMT 60 ochotnikom. Były to pierwsze od niemal 20 lat badania nad psychodelikami prowadzone w Stanach Zjednoczonych. Co najmniej połowa uczestników opisywała kontakt z jakąś istotą. Jedni mówili o przewodniku, drudzy o obcym, a jeszcze inni o bytach, których nie potrafili nazwać. Nie wszyscy widzieli więc maszynowe elfy. Powtarzało się jednak przekonanie, że podczas swojego doświadczenia nie byli sami.

Trzy dekady później, w 2020 roku, zespół Alana Davisa przeprowadził internetową ankietę wśród 2561 osób, które po inhala DMT miały poczucie spotkania z jakąś istotą. Każda z nich opisała jedno spotkanie, które zapamiętała najlepiej. Wyniki pokazały, że respondenci nie traktowali napotkanej istoty jak zwykłą halucynację. Aż 96% uznało ją za świadomą i inteligentną. Blisko 3/4 osób uważało, że istniała w innej, ale równie prawdziwej rzeczywistości i nie znikała wraz z zakończeniem działania DMT. 69% twierdziło, że otrzymało od niej wiadomość, zadanie, misję albo ważną wskazówkę. Prawie co piąta osoba uważała nawet, że istota przepowiedziała jej przyszłość. Badacze nie sprawdzili jednak, czy te przepowiednie się spełniły. 80% ankietowanych przyznało, że spotkanie zmieniło ich sposób pojmowania rzeczywistości. Przed nim 28% określało się jako ateiści. Później robiło to już tylko 10%. Dla wielu nie była to więc jedynie kilkuminutowa halucynacja, lecz doświadczenie, po którym zmienili swoje najgłębsze przekonania.

Inna anegdota pochodzi od Joe Rogana. Opowiedział on Strassmanowi o znajomym, który miał przyjmować DMT niemal codziennie, aż napotkana istota nakazała mu, żeby przestał wracać. Tym razem byt nie spełnił oczekiwań człowieka, wyznaczył granice i odmówił dalszego kontaktu, jakby miał w tym własny interes.

W analizie 3778 relacji najczęściej pojawiały się pozytywne interakcje, ale badacze odnotowali również spotkania negatywne oraz sceny przypominające badanie lub zabieg. Istoty nie zachowywały się więc według jednego schematu. Problem polegał na tym, że wszystkie oznaki ich niezależności pozostawały zamknięte wewnątrz samego doświadczenia. Istota mogła kogoś rozpoznać, przekazać wiadomość albo odmówić kontaktu, ale żaden ślad tego spotkania nie wydostawał się poza trip. Z czasem Strasman zaczął podejrzewać, że te obrazy mogą być tworzone przez ludzki układ nerwowy. Jeśli miał rację, oznaczałoby to, że mózg potrafi stworzyć nie tylko obcą postać, lecz także przekonujące wrażenie kontaktu z innym umysłem, czymś co pamięta, podejmuje decyzj i patrzy na człowieka z drugiej strony. Czy mózg naprawdę potrafi zrobić to wszystko sam?

Światy. Po pierwszych spotkaniach z maszynowymi elfami Mckena próbował sprawdzić, czy podobne obrazy pojawiały się już wcześniej w ludzkiej kulturze. Szukał ich na dywanach z Azji środkowej, w mitach Majów oraz w dziełach Bosa, Archimbolda i Fra Angelica. Badał sztukę i dawne tradycje Nepalu oraz Tybetu. Twierdził, że nigdzie nie znalazł niczego, co przypominałoby przestrzeń i istoty, które zobaczył podczas tripu na DMT. Dla McKeny brak podobieństw był ważnym tropem. Skoro wizja nie przypominała niczego, co znał, zaczął podejrzewać, że nie została ukształtowana przez jego wspomnienia, ani obrazy zaczerpnięte z kultury. Być może jednak odpowiedź przez cały czas znajdowała się w samym mózgu. Umysł nie musi kopiować żadnych obrazów. Pod wpływem DMT może tworzyć zupełnie obce światy, jakich człowiek nigdy wcześniej nie widział. A co jeśli do zbudowania takiej rzeczywistości nie jest potrzebne żadne zewnętrzne źródło? Wystarczy, że układ nerwowy, który codziennie tworzy dla nas spójny obraz świata, zacznie działać według zupełnie innych reguł.

W 2023 roku 20 zdrowym ochotnikom podano jednorazowo dożylnie 20 mg DMT. Naukowcy jednocześnie rejestrowali sygnał EEG i pracę mózgu za pomocą funkcjonalnego rezonansu magnetycznego. W badaniu mierzono organizację aktywności mózgu, a nie źródło samych wizji. Wyniki pokazały zmianę obejmującą niemal cały mózg. Wynik mógł wydawać się sprzeczny. Z jednej strony wzrosła łączność funkcjonalna między odległymi obszarami mózgu. Z drugiej strony poszczególne sieci traciły wewnętrzną spójność, a granice między nimi stawały się mniej wyraźne. Mówiąc prościej, obszary, które zwykle komunikują się ze sobą rzadziej, zaczęły wymieniać między sobą więcej informacji. Jednocześnie osłabł normalny podział mózgu na wyspecjalizowane układy wykonujące odrębne zadania. Spłaszczeniu uległ także główny gradient organizacji Kory. Na co dzień porządkuje on mózg od obszarów przetwarzających podstawowe bodźce, tak jak obraz, dźwięk czy dotyk, po obszary wyższego rzędu, które łączą informacje i nadają im bardziej abstrakcyjne znaczenie. Pod wpływem DMT różnica pomiędzy tymi poziomami zaczęła się zacierać.

Badanie EEG dopełniło ten obraz. Po podaniu DMT spadła moc fal alfa, a sygnał mózgowy stawał się bardziej zróżnicowany i mniej przewidywalny. Wcześniejsze badanie z 2019 roku wykazało, że wzrost tej różnorodności był powiązany ze stężeniem DMT w osoczu, intensywnością doświadczenia oraz siłą efektów opisywanych przez uczestników badania. Nie oznacza to jednak, że mózg przetwarzał więcej danych ani że działał sprawniej. Jego aktywność stała się po prostu mniej regularna i mniej powtarzalna. Jednocześnie dało się zmierzyć wyraźny związek między stężeniem substancji, zmianami aktywności mózgu i intensywnością przeżycia. To jeden z najmocniejszych argumentów przemawiających za tym, że za całe doświadczenie odpowiada nasz mózg. Gdy pod wpływem DMT zmieniał się cały świat otaczający uczestnika, równocześnie zmieniała się organizacja aktywności jego mózgu, dzięki której postrzegał i przeżywał tę rzeczywistość.

Michael Winkelman proponuje mechanizm, który może wyjaśnić poczucie obecności kogoś obcego. Według jego modelu psychodeliki osłabiają odgórną kontrolę mózgu, a to sprawia, że do świadomości łatwiej przedostają się starsze automatyczne mechanizmy służące wykrywaniu zagrożeń i cudzych intencji. Te mechanizmy potrafią wykryć czyjąś obecność szybciej niż świadomy umysł zdąży ustalić, co właściwie zobaczył. Pod wpływem DMT mogą działać bez standardowych ograniczeń. Wtedy niejasne obrazy i ruchy zaczynają wyglądać jak celowe działanie obcej istoty. Ta teoria ma jednak wyraźne ograniczenia. Może wyjaśniać, dlaczego człowiek odczuwa czyjąś obecność, ale nie tłumaczy, dlaczego spośród wszystkich możliwych form człowiek tak często widzi złożone postacie, które mówią, reagują i wydają się mieć własne zamiary.

Prowadzi nas to do pytania, którego McKena nie mógł rozstrzygnąć na podstawie własnych doświadczeń. Jak często inni ludzie spotykają właśnie takie istoty? W omówionej wcześniej ankiecie Davisa kategorię elf wybrało zaledwie 14% badanych. Znacznie częściej wskazywano przewodnika oraz obcego. W osobnej analizie swobodnych relacji jakiekolwiek byty pojawiały się niemal w połowie doświadczeń. Dane nie umniejszają znaczenia relacji McKeny. Pokazują jedynie, że jego elfy mogą być tylko jedną z wielu form przyjmowanych przez istoty spotykane w krainie DMT.

Psycholog David Luke od lat bada doświadczenia psychodeliczne, odmienne stany świadomości i spotkania z pozornie niezależnymi istotami. Istniejące wyjaśnienia dzieli na trzy główne obozy. Pierwszy uznaje te istoty za halucynacje tworzone przez mózg. Drugi widzi w nich niezależne części własnej psychiki. Trzeci zakłada, że psychodeliki mogą otwierać dostęp do innego świata zamieszkanego przez niezależne inteligencje. Druga opcja jest intrygująca, ponieważ nie zakłada, że te istoty zamieszkują jakiś osobny świat. Według tej interpretacji człowiek spotyka część własnego umysłu, która na co dzień pozostaje ukryta. Można więc stanąć twarzą w twarz z czymś, co należy do nas, a mimo to wydaje się całkowicie obce. To jednak tylko interpretacja.

Badania mózgu pokazują, że pod wpływem dimetylotryptaminy jego aktywność ulega głębokiej reorganizacji, ale nie mówią skąd pochodzi treść całego doświadczenia. Ten sam wynik można odczytać na dwa sposoby. Jako dowód, że wizję tworzy mózg albo jako reakcję mózgu na coś, co istnieje poza nim. Same relacje uczestników również nie rozstrzygają sprawy. Powtarzające się opisy podobnych istot mogą wynikać ze wspólnej budowy ludzkich mózgów. Mogą też, przynajmniej teoretycznie, wskazywać na wspólne źródło doświadczenia. Kolejne tripy mogły dostarczać coraz bardziej rozbudowanych opisów, ale nadal nie odpowiadałyby na podstawowe pytanie. Czy elfy powstają w ludzkim umyśle, czy istnieją niezależnie od niego. Niestety teraz McKena zmarł w 2000 roku, zanim udało się przeprowadzić taki test. Duchowymi spadkobiercami jego misji zostali Andrew Gallimore i Rick Strman, którzy uznali, że uczestnik badania musi pozostać pod wpływem DMT znacznie dłużej, na tyle długo, aby nie tylko obserwować otoczenie, ale także wykonać w nim konkretne zadanie.

Ekspedycja. Tak narodził się pomysł ekspedycji. Kolejne stwierdzenie typu "tego nie da się opisać" nie jest wystarczające. Tym razem uczestnik badania otrzymuje konkretne zadanie, które musi wykonać będąc po drugiej stronie. Najpierw trzeba jednak pokonać czas. Po dożylnym podaniu DMT trip trwa zaledwie kilka minut. Człowiek może mieć wrażenie, że wypadł z naszego świata, spotkał mieszkańców obcej przestrzeni i wrócił, nie zapamiętując przy tym zbyt wielu szczegółów. Przypomina to raczej zwiad przez drzwi, które niemal natychmiast zatrzaskują ci się przed nosem. Badacze otrzymują jedynie relacje po powrocie. Nie mogą poprosić uczestnika, aby ponownie przyjrzał się konkretnemu znakowi. Wrócił w to samo miejsce albo sprawdził, czy widziana konstrukcja po kilku minutach nadal wygląda identycznie.

W 2016 roku Andrew Gallimore i Rick Stassman zaproponowali rozwiązanie wzorowane na metodach stosowanych podczas znieczulenia. Zamiast pojedynczego zastrzyku uczestnik miał zostać podłączony do sterowanej komputerowo pompy infuzyjnej. Najpierw urządzenie szybko podawałoby większą dawkę DMT, wprowadzając uczestnika w pełny trip. Później rozpoczynałby się wolniejszy, stale regulowany wlew, który utrzymywałby uczestnika badania na haju. Zasada była prosta. Nie dopuścić, aby drzwi zatrzasnęły się, zanim uczestnik zdąży wykonać powierzone mu zadanie. Na tej podstawie rozwinął się projekt przedłużonego tripu na DMT znany jako DMTX.

Galimore chce iść znacznie dalej. Mówi o utrzymaniu człowieka w świecie DMT przez godzinę, dwie, a nawet dłużej. To cel, do którego ma prowadzić dalszy rozwój kontrolowanego podawania substancji. Gdyby to się udało, uczestnicy zyskaliby coś, czego McKena nie miał podczas swoich krótkich spotkań z elfami. Czas. Mogliby przestać jedynie reagować na to, co pojawia się przed nimi i zacząć sprawdzać, czy zaobserwowane zjawiska są uporządkowane i powtarzalne.

Galimore porównuje takie badania do wyprawy w nieodkryty fragment lasu deszczowego. Nie wysłalibyśmy tam przypadkowej osoby, prosząc jedynie, żeby się rozejrzała i opowiedziała, co zobaczyła. Wysłalibyśmy botaników, ekologów, geologów i innych specjalistów. Każdy z nich wiedziałby, czego szukać i jakie dane powinien zebrać. Tak samo Galimor chce potraktować krainę DMT. Zamiast przypadkowych ochotników mieliby wchodzić do niej doświadczeni uczestnicy oraz specjaliści przygotowani do przeprowadzenia konkretnych obserwacji. Matematyk mógłby badać geometrię i topologię widzianej przez siebie przestrzeni. Lingwista sprawdzałby, czy komunikacja z istotami zawiera powtarzalne elementy lub jakieś zasady. Nie trzeba z góry wierzyć w istnienie innego wymiaru, aby stworzyć plan, określić zadania i wybrać metodę gromadzenia wyników, która później pozwoli szczegółowo porównać relacje różnych osób. Nie chodzi więc o jeden spektakularny trip, który natychmiast rozwikła całą zagadkę. Galimore wyobraża sobie serię zaplanowanych wypraw, podczas których kolejni uczestnicy sprawdzaliby te same elementy doświadczenia. Dopiero wtedy można byłoby ustalić, czy ich prywatne wizje zawierają coś, co naprawdę się powtarza.

60 lat po pierwszym doświadczeniu McKenny z DMT pytanie o elfy wróciło więc w zupełnie nowej formie. Nie chodziło już tylko o to, co ludzie widzą po drugiej stronie. Chodziło o to, czy ktokolwiek potrafi tam wrócić i znaleźć to samo po raz kolejny. W czerwcu 2026 roku Nun Nautics i Trace Institute ogłosiły współpracę łączącą projekt DMTX Galimora z matematycznymi modelami świadomości Donalda Hoffmana. Opublikowany przez nich dokument nosi tytuł "Traces of the order are DMT entities real", czyli "Ślady innego czy istoty spotkane w świecie DMT istnieją naprawdę". Autorzy przedstawiają w nim matematyczny model doświadczenia oraz serię eksperymentów, które mają sprawdzić, czy spotkania z bytami można wyjaśnić wyłącznie działaniem mózgu. Projekt nie dostarczył jeszcze wspólnej mapy krainy DMT, ani dowodu na niezależne istnienie jej mieszkańców.

To właśnie tutaj pytanie McKeny spotyka się z najodważniejszą teorią Galimora. Donald Hoffman, badacz percepcji i emerytowany profesor Uniwersytetu Kalifornijskiego w Irvine, porównuje rzeczywistość, której doświadczamy na co dzień, do pulpitu komputera. Ikona folderu nie pokazuje kodu ani elektroniki ukrytej wewnątrz urządzenia. Jest prostym symbolem, który pozwala nam korzystać ze znacznie bardziej złożonego systemu. Według Hoffmana kolory, kształty i przestrzeń pełnią podobną funkcję. Ułatwiają nam poruszanie się po świecie, ale nie odsłaniają jego głębszej natury. Hoffman nazywa swoją teorię świadomym realizmem. Zakłada w niej, że fundamentem rzeczywistości nie jest materia, lecz sieć połączonych ze sobą świadomości.

Galimore zastanawia się, czy DMT może na chwilę zmienić sposób działania naszego interfejsu i odsłonić ślady innych świadomości, których w normalnym stanie nie jesteśmy w stanie dostrzec. W takim ujęciu maszynowy elf McCenny nie musiałby przedstawiać prawdziwego wyglądu obcej inteligencji. Mógłby być jedynie obrazem, za pomocą którego ludzki umysł tłumaczy kontakt z czymś, czego nie potrafi bezpośrednio dostrzec. Galimor odnalazł pewien trop w opisach ludu Piro przytoczonych przez antropologa Petera Gała. Szczególnie zainteresowało go słowo Kaiglu tłumaczone jako "ci, którzy sprawiają, że ludzie mają wizję". Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że chodzi po prostu o kolejną nazwę duchów albo istot spotykanych w odmiennym stanie świadomości. Znaczenie tego pojęcia jest jednak bardziej osobliwe. Kaiglu nie muszą być istotami, które człowiek dostrzega podczas wizji. Mogą pozostawać niewidoczne i odpowiadać za powstawanie całego doświadczenia. Być może obserwowana istota jest jedynie wygenerowanym przez kogoś obrazem, który ma służyć jako narzędzie komunikacji. W takim ujęciu maszynowy elf Mcenny nie byłby obcą inteligencją samą w sobie, lecz czymś w rodzaju jej awatara. Prawdziwe źródło pozostawałoby niewidoczne, a cała wizja stawałaby się przestrzenią, która umożliwia komunikację.

To jednak nadal tylko hipoteza. Program DMTX miałby dopiero sprawdzić, czy różni uczestnicy podczas kolejnych sesji trafią do podobnych miejsc i zauważą te same szczegóły. Nawet gdyby kilka osób niezależnie narysowało taki sam obraz, wciąż nie byłby to ostateczny dowód. Te osoby mogłyby rzeczywiście odwiedzić to samo miejsce, ale równie dobrze ich mózgi mogłyby stworzyć podobne obrazy. Dlatego sama zgodność opisów nie wystarczy. Prawdziwy przełom nastąpiłby dopiero wtedy, gdyby uczestnik wrócił z informacją, której wcześniej nie znał i którą można byłoby później zweryfikować.

Wiadomość. W 2017 roku psycholog David Luke, zainspirowany pomysłem informatyka Marka Rodrigueza, zaproponował prosty w założeniu eksperyment. Osoba znajdująca się pod wpływem DMT miałaby poprosić napotkaną istotę o rozwiązanie skomplikowanego zadania matematycznego. Gdyby po powrocie podała poprawną odpowiedź, zabrałaby ze sobą coś więcej niż wspomnienie o spotkaniu. Test, mimo że ciekawy, miał słaby punkt. Istota mogłaby przecież odmówić współpracy, a pojedynczy poprawny wynik nadal można byłoby uznać za przypadek.

Mckena opisywał elfy mówiące obrazami. Galimor proponuje zacząć od czegoś znacznie prostszego, sprawdzić, czy potrafią przekazać jedną konkretną informację: niebieski czy żółty. W jednym z proponowanych eksperymentów niewidoczny dla uczestnika ekran losowo wyświetlałby kolor niebieski albo żółty. Badany znajdujący się pod wpływem DMT miałby w ustalonych odstępach wskazywać aktualny kolor, mógłby pytać o niego napotkaną istotę albo oceniać, który kolor dominuje w krainie DMT. Jeśli uczestnicy wskazywaliby właściwy kolor wyraźnie częściej niż przy losowym zgadywaniu, byłby to sygnał, że podczas doświadczenia uzyskali dostęp do informacji, której wcześniej nie znali. Nadal nie byłoby jednak wiadomo, w jaki sposób ta informacja do nich dotarła.

Galimore proponuje jeszcze odważniejszy eksperyment. Test przekazania i odzyskania informacji. Pierwszy uczestnik otrzymywałby losowo wybrane słowo albo liczbę, następnie wchodziłby do świata DMT i próbował przekazać te informacje napotkanej istocie. Później drugi uczestnik, który nie znałby hasła, brałby udział w osobnej sesji i próbowałby odzyskać je od tej samej istoty. Żaden z tych testów nie miałby większej wartości, gdyby przyniósł tylko jedno trafienie. Pojedyncza poprawna odpowiedź mogłaby być dziełem przypadku albo wynikiem przecieku informacji. Uczestnicy musieliby być ściśle odizolowani. Osoby udzielające odpowiedzi nie mogłyby ich wcześniej znać, a liczba trafień musiałaby wyraźnie przekraczać poziom losowego zgadywania.

Gdyby to się udało, spór przestałby opierać się wyłącznie na niezwykłych opowieściach. Pojawiłby się mierzalny ślad świadczący o tym, że podczas tripu na DMT uczestnik uzyskałby ukrytą przed nim informację. Nie byłby to jeszcze dowód, że maszynowe elfy żyją w innym wymiarze. Nadal należałoby ustalić, czy informacje przekazała napotkana istota, nieznany mechanizm ludzkiego mózgu czy jeszcze inne zjawisko. Co ciekawe, brak trafień również nie rozstrzygałby sprawy. Oznaczałoby to jedynie, że w danych warunkach nie udało się uzyskać żadnej nieznanej wcześniej informacji. Takie eksperymenty mogłyby po raz pierwszy przenieść pytanie McKeny z opowieści do pomiaru.

Na razie najwięcej twardych danych dotyczy pracy mózgu. Wiemy, że DMT głęboko zmienia jego pracę, co pokazują opisane wcześniej pomiary EEG i rezonansu magnetycznego. A to sprawia, że wyjaśnienie mózgowe ma obecnie najmocniejsze podstawy. Nie wyjaśnia ono jednak skąd bierze się treść całego doświadczenia. Pomiary pokazują, co dzieje się z mózgiem uczestnika, ale nie rozstrzygają, czy tworzy on wszystko od podstaw, czy nadaje widzialną formę czemuś, co pochodzi z zewnątrz. Jeżeli jednak za wszystko odpowiada nasz mózg, tajemnica wcale nie zostaje rozwikłana. Nadal trzeba wyjaśnić, jak w ciągu zaledwie kilku minut układ nerwowy potrafi stworzyć kompletny świat, zaludnić go inteligentnymi istotami i przekonać człowieka, że spotkał kogoś istniejącego niezależnie od niego.

Mckena nadał tej zagadce nazwę. Strasman przywrócił DMT do amerykańskich badań, a Galimor pokazał, jak pytanie o maszynowe elfy przełożyć na konkretny eksperyment. Odpowiedzi nadal jednak nie ma. Kim więc naprawdę są te istoty? Czy są postaciami tworzonymi przez mózg pod wpływem DMT? Czy może są ukrytą częścią naszej psychiki, która pod wpływem substancji zaczyna przemawiać jako odrębna istota? A może są awatarami obcej inteligencji wykorzystującej ludzki umysł jako ekran? A może prawda jest jeszcze bardziej szalona i są niezależnymi mieszkańcami rzeczywistości istniejącej poza naszym światem. Która z tych możliwości wydaje ci się najbliższa prawdy? Daj znać w komentarzu. Chciałbym podziękować wam za subskrybowanie, lajkowanie oraz komentowanie moich filmów. Szczególne podziękowania dla osób wspierających. Wielkie dzięki.