Transcription
W pewnym momencie prawie wszystkie największe korporacje zaczęły zachowywać się dziwnie. Każdy mówił o zrównoważonym rozwoju, potrzebie tolerancji czy reprezentacji mniejszości. Dotyczyło to tysięcy spółek na raz, od banków po producentów zabawek, filmów czy gier.
Oczywiście nie wszystkim to pasowało i dość szybko pojawiły się teorie mówiące o pewnym światowym spisku, nowej agendzie czy przygotowaniu społeczeństwa na nowy porządek świata. Kiedy jednak przyjrzymy się bliżej temu zjawisku i prześledzimy sobie trochę dogłębniej, skąd wzięła się ta zbiorowa moda, to dojdziemy do bardzo ciekawych wniosków. Okazuje się, że trop zamiast prowadzić nas do ciemnych lasów czy świątyń, gdzie odbywają się jakieś okultystyczne rytuały, prowadzi nas do wykresów finansowych jednej spółki. Podmiot ten ma realny wpływ na reklamy, politykę kadrową i strategię firm odpowiadających za większość tego, co kupujesz, oglądasz i czym jeździsz. Jednocześnie jest on zbyt duży, aby mógł od tak upaść, a także zbyt wpływowy, aby dało się go kontrolować. Tą firmą jest Black Rock. To właśnie ta spółka poprzez różnego rodzaju mniejsze fundusze głosuje na walnych zgromadzeniach, ustala oczekiwania wobec zarządów i decyduje, które tematy staną się priorytetem dla całego rynku. To właśnie ta korporacja stała się jednym z głównych dyrygentów światowego rynku i choć nie kręci żadną korbą, aby bezpośrednio manipulować mnie czy ciebie, to nadal jej wpływ na nasze życie jest nie do przecenienia. W tym materiale sprawdzimy, czym tak naprawdę jest Black Rock, jak głęboko sięgają jego wpływy i dlaczego funkcjonujemy w gospodarce, która uzależniła się od istnienia spółki zbyt dużej, by upaść. Mała literka, wielka zmiana.
Głównym partnerem kanału Nie wiem, ale się dowiem jest KFD, polski producent suplementów diety i żywności funkcjonalnej. Z kodem nie wiem 5 zredukujesz cenę. KFD już wspiera kanał, a ty, twoja przyszłość to dzisiejszy nawyk. Buduj ją świadomie. Już dziś zadbaj o finanse razem z platformą inwestycyjną Freedom 24, partnerem kanału, który wspiera tworzenie tak istotnych materiałów jak ten. Koniecznie zobacz jak zbudowaliśmy nasz portfel inwestycyjny. Link w opisie.
Poranek. Wyłączasz budzik w swoim iPhonie na śniadanie, płatki Nestle. Siadasz do komputera z Windowsem i kartą graficzną od Nvidii, żeby oglądać coś na Disney Plus i popijać Coca-Colę. To zestawienie firm Apple, Microsoftu, Nvidii, Coca-Coli, Disneya czy Nestle nie jest oczywiście przypadkowe. Niby to całkiem różne firmy, ale jednak mają coś wspólnego. Jeżeli zajrzysz sobie w listy największych akcjonariuszy tych spółek, to w każdej z nich zobaczysz te same trzy nazwy: Vanguard, State Street oraz Black Rock. Ta wielka trójka z Black Rockiem na czele zarządza łącznie 30 bilionami dolarów. Jest to kwota skrajnie abstrakcyjna, bo mówimy tutaj o 27-krotności rocznego PKB Polski z 2025 roku. Według badań są największym akcjonariuszem w około 40% wszystkich spółek giełdowych w USA i w 88% spółek z indeksu S&P 500, czyli 500 największych firm Ameryki. I za chwilę przekonasz się, jak dużą władzę daje to w praktyce.
Wszystkie te wielkie firmy, z których usług lub produktów korzystasz na co dzień, a które notowane są na giełdzie, mają swoich akcjonariuszy. Przekazują firmie swoje pieniądze, które ta wydaje na rozwój, w zamian oferując akcjonariuszom udział w późniejszych zyskach. Jednocześnie każda zakupiona akcja jest równoważnikiem jednego głosu w głosowaniach na temat najważniejszych firmowych spraw. Oznacza to, że każdy akcjonariusz w teorii ma jakiś wpływ na to, jak zachowywać będzie się firma, w którą zainwestował. Mówiąc w pewnym uproszczeniu, kupujesz akcję firmy i masz w niej głos. Im więcej akcji, tym większy wpływ, tym samym na decyzję firmy. Black Rock, Vanguard i State Street razem trzymają w typowej spółce z S&P 500 jakieś 20,5% akcji.
Brzmi jak mniejszość, prawda? Na papierze na pewno. Jednak problem w tym, że spora część akcjonariuszy to drobni inwestorzy, którzy patrzą tylko na to, czy wartość ich portfela sukcesywnie idzie w górę. Większość z nich nie głosuje i nierzadko nie ma pojęcia, kiedy takie głosowania się odbywają. A skoro nie przychodzą na zgromadzenia i nie oddają głosów, to z perspektywy zarządzania firmą po prostu się nie liczą. Black Rock za to głosuje niemal zawsze. Oznacza to więc, że realnie jego głos waży dużo więcej niż te papierowe 20,5%, o których przed momentem wspomniałem.
Jakby tego było mało, to Black Rock nie jest jednym wielkim funduszem. To coś w rodzaju setki mniejszych, a każdy z własną nazwą i własnymi głosami. To dodatkowo zwiększa ich siłę. I na tej tylko podstawie można by założyć, że skoro Black Rock to formalnie setki różnych funduszy, to każdy z nich głosuje po swojemu, co prowadzić może do konfliktu interesów i sporego chaosu.
Otóż nie. Prawda jest zupełnie inna. Badacze z Uniwersytetu w Amsterdamie policzyli, że fundusze podlegające pod Black Rock głosują niemal idealnie jednomyślnie. Na 100 000 głosowań rozjeżdżają się dosłownie w kilkunastu przypadkach. Mowa więc o swego rodzaju monolicie, który z niemal 100% zgodnością podejmuje decyzje, które mogą wpływać na miliony ludzi.
Przesadzam? A co jeżeli powiem ci, że właśnie taki Black Rock wpływa na to, jak działają największe światowe koncerny, że decyzje podejmowane przez Coca-Colę, Microsoft, Apple są często efektem głosowań ludzi z Black Rock. Pamiętasz może, jak kilka lat temu wielkie korporacje niemal z tygodnia na tydzień zaczęły mówić o różnorodności, inkluzywności, celach klimatycznych i potrzebie bycia reprezentowanym? Kwestie DEI czy de-woke stawały wówczas się niezwykle ważne. Trafiały do popkultury, a niektóre wielkie firmy zatrudniały nawet specjalistów, którzy mieli dbać o wspomnianą inkluzywność. I choć dla sceptyków wyglądało to jak jakaś zbiorowa paranoja, to trudno tu mówić o czymś spontanicznym czy nawet oddolnym. Jednym z głównych motorów tej zmiany był właśnie Black Rock, który jako gigantyczny akcjonariusz naciskał na spółki poprzez głosowania, aby te wprowadzały coraz więcej zasad, które podpiąć można pod nuty woke i DEI. To za sprawą Black Rock właśnie firmy miały reportować cele środowiskowe i społeczne, wdrażać polityki DEI. Wszystko po to, aby rzekomo służyć czemuś więcej niż zyskowi.
"Cóż, pewne zachowania będą musiały się zmienić i to jest jedna z rzeczy, którą robimy. Prosimy firmy, aby wymuszały zachowania. W Black Rock my wymuszamy te zachowania. 54% zatrudnionych to kobiety. W tym roku dodaliśmy cztery kolejne punkty za różnorodność zatrudnienia, więc po prostu musisz wymuszać zachowania. A jeżeli tego nie robisz, niezależnie od płci, rasy lub po prostu struktury twojego zespołu, to będzie miało wpływ nie tylko na brak rekrutacji, ale i rozwój."
Co jednak bardzo ciekawe, w momencie gdy w USA zawiał wiatr politycznych zmian i Donald Trump wycofał rządowe programy DEI, Black Rock zrobił dokładnie to samo. Firma zlikwidowała swoje działy do spraw równości, a Larry Fink, dyrektor generalny tej spółki, wprost przyznał, że wahadło politycznej poprawności wychyliło się za daleko.
"Patrząc w przeszłość, wierzysz, że ten cały nacisk na erę woke był nieudanym eksperymentem?"
"Wahadło się porusza. W przypadku Black Rocka jesteśmy nastawieni na zarządzanie pieniędzmi dla wszystkich tak neutralnie jak to możliwe."
"Czy uważam, że to wahadło 5 lat temu wychyliło się za daleko? Tak."
Jakby tego było mało, to ten sam, dopytany o to, czy aby nie Black Rock popychał przez lata spółki w stronę bardziej lewicowych postulatów, odparł jedynie, że nigdy nie było to naszą intencją.
Ciekawe, prawda? Nigdy nie było to ich intencją. A jednak w momencie, gdy oni wycofali się z ogromnego wsparcia dla tego rodzaju ruchów, w tym samym czasie od polityki równości zaczęło odchodzić coraz więcej firm. Jakkolwiek nie próbować patrzeć na to zjawisko, to to jest właśnie ta władza, którą Black Rock ma i z której dość chętnie korzysta. Oczywiście nie polega to na wydawaniu konkretnych rozkazów, bo jak możesz się domyślać, to nie jest tak, że ktoś dzwoni do prezesa Pepsi z poleceniem zmiany receptury ich sztandarowego napoju. Nikt nie wysyła czarnych limuzyn ani smutnych panów w garniturach, którzy mają kogoś zlikwidować. Okazuje się, że prawdziwa władza to nic innego jak głos oddany na każdym kolejnym walnym zgromadzeniu. Można powiedzieć, że jest to władza sprawowana z tylnego siedzenia, bez ryzyka krytyki czy zwolnienia. W końcu czy ktokolwiek obwiniałby akcjonariuszy za to, co dzieje się w firmie? No właśnie. W ten sposób Black Rock doszedł do swojej aktualnej pozycji, w której jest w stanie w dużej mierze narzucać to, jak wygląda nasz współczesny świat.
Tylko skąd on w ogóle się wziął? Skąd wziął się ten moloch? Jak to możliwe, że jedna firma trzyma dziś rękę na pulsie tak ogromnej części zachodniego kapitalizmu? Gdy przyjrzymy się bliżej powstawaniu tego finansowego Molocha, to szybko okazuje się, że Black Rock nie powstał z chciwości ani z wielkiego planu przejęcia świata, a z powodu traumy.
"Kim jesteś? Czym się zajmujesz?"
"Jestem sprzedawcą. Oferuję stały dobór."
"Co sądzisz o swojej pracy?"
"Jest dobrze. Oferuję dużo możliwości."
Jest rok 1976. Do banku inwestycyjnego First Boston z siedzibą w Nowym Jorku przychodzi niejaki Larry Fink. Larry Fink, który zaczyna tam pracować. Larry ma pochodzenie żydowskie. Jest synem właściciela sklepu z butami z przedmieścia Los Angeles. Ale przede wszystkim zdaje się mieć bardzo konkretny plan na swoją zawodową karierę. Początkowo wszystko idzie niemal idealnie. W wieku 31 lat Fink zostaje najmłodszym dyrektorem zarządzającym w historii banku, a jego zespół dokłada firmie miliard dolarów rocznie dodatkowego dochodu. O jego sukcesach mówią właściwie wszyscy, a w kuluarach mówi się o nim jako o przyszłym szefie całego First Boston. Można powiedzieć, że ten wciąż młody biznesmen trafił do nieba jeszcze przed 40. urodzinami. Potem przyszedł rok 1986 i wszystko się zmieniło. W efekcie niespodziewanego spadku 100% Fink doprowadza do wygenerowania straty na poziomie 100 milionów dolarów w zaledwie jeden kwartał. Z dnia na dzień Fink z następcy bankowego tronu staje się wyrzutkiem i osobą, której trudno zaufać. W takich warunkach pracuje jeszcze dwa lata, a później odchodzi. Jak sam to ujął po latach, po prostu nie miał już opcji, żeby zostać. Co więcej, sam przyznaje, że jego firma powinna zwolnić go o wiele wcześniej. Dlaczego? Otóż tak samo jak nie wiedział, dlaczego wygenerował 100 milionów straty, tak samo nie był do końca świadom, dlaczego wcześniej przynosił ogromne zyski.
"No i zarabialiśmy naprawdę dużo pieniędzy, ale też nie mieliśmy wystarczających środków do kontroli ryzyka. Nie mieliśmy wiedzy na temat ryzyka, którego się podejmujemy. Zarabiając tyle pieniędzy i patrząc w przeszłość, mogę powiedzieć, że pewnie powinniśmy zostać zwolnieni za zarabianie zbyt dużych pieniędzy, bo ryzyko, jakie podejmowaliśmy, aby je zarobić, było zbyt duże w stosunku do korzyści."
Wydarzenia te w pewien sposób zdefiniowały późniejszą karierę Finka i doprowadziły go do miejsca, w którym jest teraz. Jego nowym celem stało się bowiem przewidywanie i analizowanie ryzyka, tak aby już nigdy nie dać się zaskoczyć.
"Peter, ja nigdy sobie nie wybaczyłem tego, że dałem się postawić w sytuacji, w której podjąłem się takiego ryzyka. Nie zdaję sobie sprawy, jak duże ono naprawdę jest."
I tak właśnie rodzi się Black Rock, który znasz dzisiaj.
W 1988 roku Fink z siedmioma wspólnikami, pod skrzydłami funduszu Blackstone i 5 milionami dolarów na start, zakłada nową firmę. Jak sam przyznaje, cały pomysł na Black Rock wyrósł z tamtej właśnie porażki i motywacji do tego, aby nie powtarzać błędu, który już raz popełnił. Do tego potrzebne było jednak narzędzie i to rzeczywiście powstało. Fink razem ze swoją ekipą już pod koniec lat 90. opracowuje platformę Aladdin. Program ten ma tylko jedno zadanie: analizować i w czasie rzeczywistym wyłapywać ryzyko. Oczywiście zanim to ryzyko wyłapie ciebie. Dziś Aladdin analizuje aktywa warte ponad 20 bilionów dolarów. Jeszcze w 2018 roku szacowano, że jest on w stanie kontrolować i sprawdzać aktywa o wartości 18 bilionów dolarów, czyli równowartości kilkunastu procent światowego PKB. Co więcej, to jedno narzędzie stało się motorem napędowym wielu spółek, które także z niego korzystają. Można więc powiedzieć, że jedna firma stworzyła system operacyjny, na którym działa spory kawałek światowych finansów i ta sama firma jest jednocześnie największym graczem w tym systemie. W takich warunkach już nic nie było w stanie powstrzymać Black Rock przed dalszą ekspansją.
W 1999 roku Black Rock, zarządzając ponad 160 milionami dolarów, wchodzi na giełdę. W 2006 dokonuje przejęcia dwóch dużych finansowych spółek, osiągając próg biliona dolarów w aktywach, które miał pod swoim zarządem. Prawdziwy przełom przychodzi jednak w 2009 roku. Gdy cały świat próbuje nadal otrząsnąć się z wielkiego kryzysu finansowego, to właśnie wtedy Fink i spółka decydują się na zakup i przejęcie Barclays Global Investors oraz platformy Ishares. I co by Black Rock nie myśleć, to widać tutaj pewien bardzo ciekawy schemat myślowy. Otóż największe fundusze inwestycyjne tego świata zdają się sugerować nam, że przy długoterminowym inwestowaniu najważniejsze jest inwestowanie w aktywa o bardziej strategicznym charakterze. Patrząc na to, jak prezentuje się rynek dzisiaj, będą nimi największe spółki na dużych rynkach czy surowce. Pierwsze z nich mogą nam zapewnić stabilność wzrostu przy normalnych zachowaniach rynku. Mogą stanowić też podstawę długoterminowego portfela i pozwalają uczestniczyć we wzroście największych gospodarek, podczas gdy drugie traktować można jako pewnego rodzaju zabezpieczenie na wypadek sytuacji kryzysowych. I z mojej perspektywy ma to jak najbardziej sens, bo wystarczy przypomnieć sobie, jak przez ostatnie dwa lata spółki takie jak Nvidia zwiększyły swoją wartość. Można też przeanalizować, co stało się z cenami ropy po rozpoczęciu inwazji Izraela i USA na Iran. I dlatego, mając to na uwadze, regularnie dokupuję do swojego portfela inwestycyjnego właśnie takie aktywa, które uważam za strategicznie istotne dla rozwoju świata, takie jak chociażby ETF-y na amerykański NASDAQ. Pozwala mi to mieć pewność, że moje finanse, o których myślę w perspektywie długoterminowej, powinny rosnąć razem z całym sektorem. Ten portfel buduje na platformie Freedom 24, która jest partnerem naszego kanału. Tutaj możecie zobaczyć, jak wygląda on obecnie i jakie aktywa już się w nim znajdują. Wpłat na konto dokonuję z poziomu aplikacji Freedom i robię to za pomocą Blika, bo tak jest najwygodniej. A do tego za całą wpłatę nie płacę żadnych odsetek za przewalutowanie. Jeżeli ty też chcesz zacząć swoją przygodę z inwestowaniem, to zajrzyj do opisu filmu. Tam znajdziesz nie tylko link do promocji Freedom 24 dla nowych inwestorów, ale także nasz mini poradnik, jak założyć tam konto krok po kroku i rozpocząć korzystanie z platformy. Spełniając warunki promocji i zakładając konto z mojego linku, możesz otrzymać bonus inwestycyjny na start w postaci wylosowanych akcji. A teraz wracamy do materiału.
Kompleks Stuyvesant Town i Peter Cooper Village w Nowym Jorku. Ponad 11 000 mieszkań zbudowanych jeszcze w latach 40. XX wieku. Były to typowe dla amerykańskiej klasy średniej osiedla, w których dorastały całe pokolenia rodzin, a jednocześnie pewien element charakterystyczny dla całego Nowego Jorku. W 2006 roku amerykański deweloper Tishman Spayer na spółkę z Black Rock kupuje cały ten kompleks budynków z ponad 11 000 mieszkań za łączną kwotę 5,4 miliarda dolarów. Transakcja przechodzi do historii jako największy tego rodzaju zakup w historii całych Stanów, a Black Rock i Spayer mają na te nieruchomości bardzo konkretne plany. Firmy chciały bowiem wypchnąć dotychczasowych lokatorów z tanich, regulowanych przez państwo mieszkań, a w ich miejsce zakwaterować tych, którzy będą płacić im stawki rynkowe. Ten cyniczny plan nie został jednak zrealizowany, bo na drodze Black Rock stanął amerykański sąd. To zaś sprawiło, że cały plan finansowy Larry'ego Finka rozsypał się jak domek z kart. Ostatecznie Black Rock zdecydował się oddać klucze do mieszkań osobom, do których one należały i definitywnie porzucić ten pomysł.
"Grupa kierowana przez Tishman Spayer Properties, utworzona jako spółka Joint Ventures z Black Rockiem w 2006 roku, zapłaciła wtedy 5,4 miliarda dolarów za osiedle Stuyvesant Town liczące 56 budynków na dolnym Manhattanie. Grupa inwestycyjna kupiła te nieruchomości niemal na szczycie rynku, planując remont i podniesienie czynszów w lokalach objętych regulacją cen. Od listopada Tishman i Black Rock próbowali zrestrukturyzować pożyczki o wartości 3 miliardów dolarów. Jednak w zeszłym tygodniu grupa nie spłaciła raty w wysokości 16 milionów dolarów. Plan podniesienia czynszów obrócił się przeciwko nim, potem jak najwyższy sąd Nowego Jorku orzekł w październiku, że część podwyżek czynszów była nielegalna. Mimo że za te inwestycje zapłacono 5,4 miliarda dolarów w 2006 roku, agencja Fitch Ratings wyceniła tę nieruchomość obecnie na zaledwie 1,8 miliarda dolarów."
Jak to możliwe? Skoro inwestycja zakończyła się katastrofą, Black Rock nie ryzykował w niej wyłącznie własnymi pieniędzmi. Znaczną część kapitału wyłożyli zewnętrzni inwestorzy, w tym kalifornijskie fundusze emerytalne, które zainwestowały w przedsięwzięcie około 500 milionów dolarów. Były to pieniądze odkładane na emerytury nauczycieli, strażaków i urzędników. Gdy inwestycja upadła, fundusze straciły niemal całą tę kwotę. Innymi słowy, pół miliarda dolarów oszczędności emerytalnych wyparowało. Wyparowało wskutek interesu firmowanego przez Black Rock. Firma, której całą tożsamością, całą religią było zarządzanie ryzykiem, wpakowała emerytury ludzi w lewarowany zakład. Zakład o to, że uda się masowo wyrzucić ludzi z tanich mieszkań. I jak widać, no nie udało się.
I pewną ironią losu jest fakt, że po tej, jakby nie patrzeć, ogromnej wpadce, Black Rock dostał od amerykańskiego rządu zlecenie, które ustawiło pozycję tej korporacji do dzisiaj. W 2008 roku dochodzi do najsłynniejszego światowego kryzysu. Świat obiega informacja, że bank Lehman Brothers upada. Na krawędzi bankructwa wisi kilka innych finansowych gigantów. W tym scenariuszu cała gospodarka USA znalazła się na skraju ogromnej zapaści. W obliczu tego amerykański bank centralny musi pilnie ratować sytuację, ale nie jest to łatwe zadanie. Okazuje się bowiem, że miliardy dolarów, które mogą uratować gospodarkę, ulokowane zostały w papierach wartościowych, które oparte są o hipoteki. Bank centralny potrzebuje kogoś, kto za nich posprząta ten bałagan, bo samemu nie jest w stanie nic zrobić. I wtedy właśnie na scenie pojawia się Black Rock i Larry Fink.
I na pierwszy rzut oka nie wydaje się to szczególnie szokujące. W końcu Fink miał doświadczenie w zarządzaniu tego rodzaju kryzysami. Problem w tym, że Black Rock zlecenie od rządu otrzymał od tak, po prostu, bez żadnego przetargu. Fakt ten do dziś wzbudza obawy niektórych specjalistów, którzy całkiem zasadnie pytają, czy nie doszło tu aby do konfliktu interesów, bo jakby się nad tym zastanowić, to Black Rock z jednej strony miał doradzać rządowi, ile te toksyczne papiery są warte i komu je sprzedać. A z drugiej strony, ta sama firma, zarządzając pieniędzmi swoich prywatnych klientów, te same papiery mogła kupować. To przypomina trochę sytuację, w której rzeczoznawca, który ma wycenić coś, co ty sprzedajesz, jest jednocześnie osobą zdecydowaną na zakup. Jak myślisz, w jaki sposób będzie wtedy dokonywać takiej wyceny? No właśnie.
I ktoś mógłby teraz zapytać, jak do tego w ogóle doszło? Jakim cudem amerykański rząd zdecydował się na ruch, który przypomina swego rodzaju korupcję? Odpowiedź leży w kontaktach Larry'ego Finka z amerykańskim rządem. Black Rock zapewniał oczywiście, że wszystko jest pod kontrolą, bo między działem doradczym a inwestycyjnym stoi chiński mur, czyli taka nieprzenikalna bariera, która wyklucza jakiekolwiek przecieki, jednocześnie gwarantując, że pomiędzy firmą a rządem nie ma żadnych układów. Brzmi dosyć górnolotnie. Problem w tym, że ma to raczej mało wspólnego z rzeczywistością. Raporty organizacji Campaign for Accountability pokazały, że ludzie przez ten mur przechodzili zaskakująco swobodnie i to w obie strony.
Musisz bowiem wiedzieć, że w amerykańskiej polityce od pewnego czasu funkcjonuje pojęcie tak zwanych "revolving door", czyli drzwi obrotowych. To dość obrazowe określenie opisuje sytuację, w której regularnie pracownicy korporacji i rządowych administracji krążą między światem biznesu a polityką. Oznacza to, że jednego dnia możesz być wysokim urzędnikiem federalnym i na przykład odpowiadać za regulację wielkich korporacji. Ale następnego możesz przejść do korporacji, którą wczoraj regulowałeś i to za grube pieniądze. Co więcej, nie jest to droga w jedną stronę, bo nic nie stoi na przeszkodzie, aby za jakiś czas wrócić do rządu i znów decydować o przepisach. I mechanizm ten stosowany jest przez prawie każdego wielkiego gracza na tamtejszym rynku do tego stopnia, że na nikim właściwie nie robi to już wielkiego wrażenia. Wspominam o tym dlatego, że Black Rock nie tyle z tego mechanizmu korzysta, ile sam go współtworzył i sukcesywnie pilnuje, aby nic go nie naruszyło. Mechanizm ten działa też całkowicie niezależnie od tego, która z amerykańskich partii aktualnie rządzi krajem. Osoby pracujące dla Finka znajdowały się w gabinetach Baracka Obamy, Joe Bidena. Angażowały się w kampanie wyborcze Hillary Clinton, ale także, kiedy akurat było to dla nich opłacalne, wspierały również finansowo Donalda Trumpa. Dobrym tego przykładem jest Craig Phillips, który najpierw aktywnie wspierał kampanię wyborczą Clinton, aby po jej przegranej wpłacić 100 000 dolarów na komitet inauguracyjny Trumpa i stać się doradcą ministra skarbu w jego rządzie. To właśnie Phillips był jedną z osób, która miała odpowiadać za rządowe plany poluzowania amerykańskiego prawa finansowego, na którym skorzystałyby spółki takie jak chociażby Black Rock. Takich ludzi były dziesiątki. Organizacja Campaign for Accountability policzyła, że od 2004 roku firma zatrudniła co najmniej 84 byłych urzędników państwowych, regulatorów i bankierów centralnych z całego świata. A jeżeli policzyć ruch w obie strony, to przez te obrotowe drzwi zamontowane w rządzie przez Black Rock przewinęło się w sumie około 99 osób. Sześcioro trafiło do Amerykańskiej Komisji Nadzoru Giełdowego, czyli instytucji, której zadaniem jest kontrolować takie firmy jak Black Rock. I tak właśnie firma, która ma pod swoim zarządem biliony dolarów, która decyduje o tym, jak zachowywać się będą wielkie korporacje, została praktycznie poza jakąkolwiek państwową kontrolą, która miała trzymać ją w ryzach.
Pamiętacie jeszcze, od czego się to wszystko zaczęło? Od tej jednej, bardzo bolesnej porażki, która w latach 80. prawie całkowicie pogrążyła młodego i aspirującego biznesmena. Dzisiaj już raczej mało kto o tym pamięta, bo ostatecznie Fink był w stanie zbudować potężne finansowe imperium, które dziś zdaje się stać absolutnie ponad prawem i tymi, którzy mogliby chcieć go kontrolować. Co więcej, to właśnie jego Black Rock jest w stanie kontrolować całą resztę giełdowych graczy, którzy muszą liczyć się z jego zdaniem i jego wpływami.
I śledząc sobie całą historię Black Rock, można zadać sobie pytanie, czy ta firma naprawdę rządzi światem, czy Larry Fink naprawdę pociąga za sznurki u szczytu władzy. Jeżeli patrzymy na to zagadnienie stereotypowo, to nie, nie rządzą. Larry Fink nie wybiera prezydentów, nie jest szarą eminencją światowego rządu, nie steruje też pogodą czy pandemiami. Nawet mimo chęci nie był w stanie wykupić wszystkich mieszkań w danej dzielnicy, aby wysiedlić ludzi. Zdecydowana większość teorii spiskowych, które dotyczą Black Rock, to po prostu bujdy. To trochę jak w przypadku Rothschildów, o których też zrobiliśmy podobny materiał, na który serdecznie zapraszam. Można powiedzieć, że tam gdzie pojawiają się ogromne pieniądze, zawsze pojawią się teorie o wielkiej władzy.
Nie oznacza to jednak, że mówimy tutaj o zwykłej spółce, takiej jak każda inna. Faktem jest, że Black Rock jest dziś jednym z największych akcjonariuszy większości korporacji, których produkty masz w swoim domu. To oznacza, że spółka ta ma realnie ogromny wpływ na kształtowanie wielu światowych rynków. Dodatkowo jej program komputerowy jest układem nerwowym ogromnej części światowych finansów, a jego brak lub wyłączenie może przynieść dla światowej gospodarki katastrofalne skutki, których nie sposób przewidzieć. Dzięki układom z rządem USA, byli pracownicy Black Rock piszą regulacje, które teoretycznie mają ją kontrolować, a w czasie kryzysów samo państwo puka do niej bez przetargu, bo nie ma do kogo innego się odezwać. I to właśnie jest ta realna władza, którą Black Rock i Larry Fink posiadają dzięki swojemu rozmiarowi, sieci wpływów oraz narzędziom. Dziś jest to korporacja, której istnienie jest kluczowe dla całej światowej gospodarki. To daje Black Rock coś, o czym większość spiskowych teorii nawet nie śni: pozycję nie do ruszenia i pewnego rodzaju biznesową nieśmiertelność.
I w tej sytuacji, zamiast zastanawiać się nad tym, czy Black Rock naprawdę rządzi światem, powinniśmy zastanowić się nad tym, czy jakakolwiek korporacja powinna być aż tak duża, bo gdzie w tej sytuacji znajduje się jej sufit? Czy on w ogóle istnieje?
Black Rock na szczęście nie zainwestował jeszcze w aplikację Sedno, więc nie narzuca w niej żadnej agendy przekazu. Odbiorcy Sedna codziennie rano dostają maksymalnie 20 najważniejszych newsów z minionej doby. To starannie wyselekcjonowane wydarzenia z Polski i ze świata, zredagowane przez prawdziwych ludzi, bez reklam, bez clickbeitu, ale za to z lektorem, który odczyta ci wszystkie te informacje, wtedy, gdy na przykład będziesz jechać samochodem do pracy czy przygotowywać śniadanie. Skorzystaj z siedmiu dni za darmo, bez podpinania karty i przekonaj się, jak może wyglądać rzetelny serwis informacyjny.
A ja dziękuję wam bardzo za dotarcie do końca tego odcinka. Jeżeli oceniacie go jako rzetelny, to zapraszam o podziękowanie w formie przypięcia łapki, napisania komentarza i udostępnienia tego materiału. I do zobaczenia w kolejnym odcinku. Media bez hałasu, bez fake newsów, tworzone przez człowieka. Obiektywne wiadomości w czasach dezinformacji. Wyłącz emocje. Przejdź do sedna.