Transcription
Partnerem odcinka jest Nord VPN. Program zawiera treści nieodpowiednie dla dzieci oraz kontrowersyjne skróty myślowe. Jeśli więc jest to dla ciebie poważny problem, zrezygnuj z dalszego oglądania, chociaż pewnie będziesz żałować.
W naszych odcinkach opowiadaliśmy wam już o eksperymentach na ludziach w niemieckich i rosyjskich obozach koncentracyjnych. Jednak to nie tak, że wyłącznie tam działy się rzeczy potworne. Zbrodnie wojenne to nie jest jakiś chory konkurs, żeby tutaj silić się na ocenianie, kto był w tym lepszy albo gorszy. Jednak na pewno swojego czasu japońscy psychopaci z pogranicza ludobójstwa i nauki nie mieli prawa mieć kompleksów przed swoimi kolegami po fachu z Europy. Tak jest, dzisiaj opowiemy wam o jednostce 731, która robiła na Dalekim Wschodzie absolutnie nienormalne rzeczy. Co się w ogóle stało w głowach Japończyków, że taka jednostka powstała? Jak przeprowadzano sekcję zwłok na jeszcze żywych ludziach? Czym różnił się obóz koncentracyjny niemiecki od japońskiego? I po co tamtejszym pseudo naukowcom były mielone kleszcze i ludzie na krzyżach? Czas na nowy odcinek Historii bez [Muzyka] [Aplauz] [Muzyka] Cenzury.
W kontekście tego, o czym sobie za moment opowiemy, aż ciężko uwierzyć w to, że w początkach XX wieku Japończycy byli wręcz wzorem etyki, jeśli chodzi o medycynę wojskową. Dbali o rozwój medycyny pola walki, ale też w czasie wojny z Rosją nie tylko opiekowali się medycznie wziętym do niewoli jeńcami, ale również brali pod opiekę rannych przeciwników, których swoi, uciekając, zostawili na pastwę losu. Bo wiecie, Rosjanie tak już robią. W każdym razie jeszcze w 1925 roku Japończycy podpisali protokół genewski zakazujący używania broni chemicznej i biologicznej. Więc co takiego się stało, że niedługo później poszli w totalnie inną stronę? Przesadnie upraszczając, można by stwierdzić, że stał się pan Shiro Ishii. Medyk wojskowy i bakteriolog, który stwierdził, że hej, hej, hej, skoro coś zostało zakazane konwencją, to znaczy, że musi być też zarazem potwornie skuteczne. Zaczął więc zgłębiać temat biologii jako broni i w końcu zaproponował wojsku stworzenie oddzielnej jednostki, która by się tymi kwestiami zajmowała. I to był ten moment, jak można było szalonego naukowca pogonić, ale to się nie stało. Dostał wręcz zielone światło od państwa na czele z wojskiem, bo włodarze dali się przekonać kwestiom zabójczo praktycznym. Rozumieli, że czasy są ciężkie, a utrzymanie w ciągłej gotowości dużej armii konwencjonalnej to są po prostu chę alne koszty, a takie bakterie i gaz, o nim też warto pamiętać, są zdecydowanie tańsze. Postanowiono więc w to pójść i zaczęto wysyłać wytypowanych naukowców do Europy i Ameryki, żeby ci zbierali informacje o użyciu broni chemicznej i biologicznej w czasie pierwszej wojny światowej i o dalszym rozwoju badań w tych kwestiach. Ishii też oczywiście pojechał, wrócił w 1930 z głową pełną pomysłów. Sprzyjały mu też okoliczności polityczne, bo niedługo później Japonia zaatakowała północno-wschodnie Chiny i w 1932 roku utworzyła tam teoretycznie niezależne państwo Mandżukuo, dzięki czemu Japonia zyskała dostęp do potężnych zasobów ropy, węgla, żelaza i ludzi do eksperymentów. To, czy lokalsi faktycznie brali udział w jakiejś formie partyzantki, stawiali opór, czy byli totalnie niewinni, nie miało większego znaczenia, bo Japończycy albo podległe im tamtejsze służby łapały ludzi bez żadnych konsekwencji, a potem wiele z tych osób trafiało właśnie do ośrodków jednostki 731, które zaczęły tam powstawać.
Nie bawiono się w półśrodki. Już pierwszy taki ośrodek był potężnym kolosem. Znajdował się jakiś 100 km od miasta Harbin i swoją drogą został założony po wypędzeniu lokalnych mieszkańców. A w niektórych aspektach przypominał inne obozy koncentracyjne: druty pod napięciem, strażnicy, więźniowie przywożeni na miejsce w bydlęcych wagonach. Ale były też różnice. Co prawda więźniowie mieli tam na miejscu cały czas spętane nogi, ale warunki życia generalnie były lepsze niż w niemieckich obozach koncentracyjnych czy w radzieckich łagrach. Nieporównywalnie lepsze było też jedzenie, a to dlatego, że japońscy pseudo naukowcy chcieli wiedzieć, jak ich testy wypadają na organizmach względnie zdrowych.
Co to były za testy? W początkowym okresie funkcjonowania jednostki 731 to nie było testowanie potencjalnej broni biologicznej, a bardziej sprawdzanie, ile jest w stanie wytrzymać ludzki organizm. Na przykład jeden z testów polegał na tym, że co kilka dni pobierano od więźniów po pół litra krwi. Pół litra krwi to jest po prostu od groma. Jak tyle się dzisiaj odda w stacji krwiodawstwa, to potem facet nie może oddawać krwi przez dwa miesiące, a dziewczyna przez trzy, a tutaj co parę dni pobierano te pół litra krwi i skrupulatnie notowano, ile organizm jest w stanie wytrzymać. Jakie były wnioski? Ponoć przeżywalność przy tym teście nie przekraczała miesiąca. Inny test polegał na tym, że chciano się przekonać, jak długo ludzki organizm jest w stanie pociągnąć na samej wodzie. Więc niektórym podawano wodę destylowaną, innym zwykłą. No ale koniec końców efekt był zawsze taki sam.
Drugą erę w historii popapranej jednostki pana Ishiego wyznacza rok 1936, kiedy to dokonała się ucieczka dużej grupy więźniów z obozu, co poskutkowało odkryciem tajemnic tego miejsca i postanowiono się zawijać, ale nie przesadnie daleko, bo w zasadzie pod samo miasto Harbin. Tam stanął nowy kompleks obozowo-laboratoryjny i był jeszcze większym kolosem, miał 6 km kwadratowych mniej więcej. Choć niektóre pomieszczenia, konkretnie cele, przeprojektowano, mając na uwadze zarówno niedawnego, natomiast drugim był otwór, by umieszczony dość nisko, przez który więźniowie mieli wystawiać ramiona, żeby przyjąć zastrzyk. Był umieszczony tak nisko, żeby po pierwsze ciężej było ewentualnie obezwładnić strażnika, a po drugie, żeby łatwiej było wystawiać rękę, jak już więzień nie będzie w stanie utrzymać się na nogach, bo zaczęło się testowanie chorób.
Jednostka 731 badała wiele chorób i aspektów medycznych. Natomiast w szczególności skupiła się na czterech kwestiach: na cholerze, epidemii i gorączce krwotocznej, odmrożeniach i dżumie. Zacznijmy od tego ostatniego, bo Japończycy w dżumie widzieli ogromny potencjał, jeśli chodzi o potencjalną broń biologiczną. Psychopaci z 731 zaczęli więc zarażać więźniów i skrupulatnie odnotowywano obserwacje. A jedną z pierwszych było to, że w zasadzie to ciężko jest realnie ocenić skutki zarażenia badając zwłoki, bo szybko powstają bakterie gnilne, które są silniejsze od zarazków dżumy. Wniosek wysnuto po prostu nienormalny: należy prowadzić sekcję zwłok na jeszcze żywych ludziach. Kiedy zauważono, że któryś z więźniów zarażonych dżumą zaczyna umierać, to szybko go brano do sali sekcyjnej, przymocowano do stołu i zatykano usta ręcznikiem, po czym otwierano. Stłumiony krzyk po paru chwilach milknął, natomiast człowiek dalej żył, a tymczasem pseudo naukowcy oglądali wnętrzności. Jak jakieś chcieli obejrzeć do dokładniej, to je po prostu wycinali. Tymczasem człowiek umierał. Czasem zdarzało się, że takie żywe zwłoki jednak znieczulano, ale nie zawsze wystarczająco skutecznie. Raz jedna z kobiet miała się obudzić i krzyczeć, że ją mogą zabić, niech tylko oszczędzą jej dziecko, bo tak na kobietach w ciąży też eksperymentowano. Już łapali, ale zdarzały się też sytuacje, jak kobiety zmuszano do stosunków już w obozie, wtedy z facetami, którzy mieli choroby weneryczne, żeby badać, jak te się przenoszą.
Wróćmy jednak jeszcze do dżumy, tylko tym razem sprawdźmy, jak wyglądały chore eksperymenty jednostki 731 w terenie. Owsi psychopaci byli odpowiedzialni za przynajmniej sześć ataków bronią biologiczną, które później mieli przeanalizować. W 1940 roku nad jedną z dzielnic miasta Ningbo przeleciał samolot pewnego dnia i zostawił za sobą przedziwny pył. Okazało się, że zarazki dżumy zmieszane ze strzępami szmat, bawełną, mąką i kukurydzą. Po paru dniach zmarło już ponad 100 osób, a skażony teren zamknięto aż do lat 60. Z kolei w 1942 roku zrzucenie śmiercionośnej chmury na jedną z wiosek nadzorował sam Ishii i pewnie był zadowolony. Zmarło około 400 osób, a niedługo później na miejscu pojawili się oczywiście odpowiednio zabezpieczeni członkowie 731. Zabierali czasem zwłoki do domku niedaleko, w którym zrobili sobie wyjazdowe laboratorium, ale jak już wiecie, najcenniejsi byli dla nich jeszcze żywi, choć już zarażeni. W związku z czym zaczęli rozpowiadać wśród lokalsów, którzy jeszcze dychali, że jak się tam do nich zgłoszą, to zostanie im udzielona medyczna pomoc. Oczywiście od początku nie planowali nikomu pomagać i niebawem po okolicy rozeszła się informacja, że oni tam kroją na żywo. Ale nie każdy chciał w to wierzyć i prawdę powiedziawszy, nie ma się co dziwić. Niestety dla tysięcy ludzi, Ishii nie dość, że był psychopatą, to jeszcze perfekcjonistą. Stwierdził bowiem po tych badaniach terenowych, że może i śmiertelność w wyniku zrzutu tej śmiercionośnej chmury jest satysfakcjonująca, ale można to zrobić jeszcze lepiej. W związku z czym zaprojektował bomby, a bardziej takie ceramiczne pojemniki na patogeny dżumy lub też cholery, dzięki którym będzie można śmierć dostarczać bardziej precyzyjnie, albo w formie właśnie patogenów, albo za pośrednictwem umieszczonych tam zarażonych zwierząt, typu komary. I to pozostało na szczęście w sferze teorii, tylko prawda.
No nie, jednostka 731 miała swój poligon, na którym testowano różnego rodzaju broń. A te testy wyglądały szczególnie makabrycznie, bo więźniowie w grupach po około 20 osób byli tam porozwieszani. Wisieli w różnej odległości od strefy zrzutu albo od miejsca otwarcia pojemnika z komarami, chociażby, żeby można było ocenić pole rażenia. Jako że testowano tam też różnego rodzaju pociski, to więźniowie mieli zabezpieczone korpusy i głowy, żeby ich przypadkiem jakiś odłamek nie zabił, ale ramiona i nogi już były odsłonięte, żeby komary miały się gdzie wbić.
Jednostka 731 szybko reagowała też na nowe odkrycia. Kiedy na przykład na przełomie lat 30. i 40. budujący trasę kolejową na pograniczu Mandżurii i Związku Radzieckiego zaczęli masowo umierać na epidemicznego, można by użyć jako broni na miejscu, więc szybko pojawili się ludzie z 731. A to, co się wydarzyło później, zostało naprawdę nieźle opisane w czasopismach naukowych. Czasopisma medyczne w Japonii z tamtego okresu. Cóż tam znajdziemy? Japońscy badacze nałapali na miejscu szczurów, z których zdjęli kleszcze, po czym je zmienili i zmieszali z roztworem soli fizjologicznej. Taki preparat wstrzyknęli następnie małpom, które poddano obserwacji. Jeżeli jakaś małpa wykazywała pożądane objawy, to pobierano od niej krew i wstrzykiwano kolejnej zdrowej małpie. I jeżeli ta również zaczynała chorować tak, jak sobie zaplanowano, to pobierano jej organy wewnętrzne, mielono i taki znowu koktajl, nazwijmy to, wstrzykiwano kolejnej małpie, aż do wyizolowania żądanego patogenu. Tylko zaraz, czemu się nagle przesiedli na eksperymenty na małpach? No właśnie, tu jest haczyk, bo każdy, kto choć trochę mocniej interesował się biologią, czyli w zasadzie każdy czytelnik tego typu czasopisma, szybko orientował się, że to nie były wcale eksperymenty na małpach, tylko na ludziach. Była bowiem na przykład mowa o temperaturze sięgającej 40 stopni, coś, czego nie przeżyłaby nawet nie pofatygował o jaki gatunek małpy chodzi. Rzecz absolutnie nie do pomyślenia w czasopiśmie naukowym, więc jasnym było, że małpa to tylko kod i wiedzieli to czytelnicy, wiedziało to wydawnictwo, wiedziało o tym całe medyczne środowisko.
Ishii niestety znał się dobrze na biologii, ale rozumiał też swoje ograniczenia w innych dziedzinach. Więc do badań nad odmrożeniami zatrudnił fizjologa. W ogóle cała ta idea badań odmrożeń była podyktowana wyłącznie założeniem, wręcz pewnością, że kiedyś Japonii przyjdzie się zmierzyć ze Związkiem Radzieckim, a z tymi ruskimi to często trzeba walczyć zimą, więc trzeba ogarnąć, jak sobie radzić z odmrożeniami. Koszty tych badań nie grały roli, ale żeby zacząć badać odmrożenia, no to trzeba najpierw było do nich doprowadzić. Jak to robiono? Jak był mróz, więźniów wyganiano do chłodni, odsłaniano i polewano wodą. Jak zrobił się lód, to go rozbijano i polewano znowu. Po pewnym czasie badacz zaczynał pukać kijem w kończyny i jak był taki dźwięk przypominający uderzenie w deskę, to oznaczało, że taka kończyna jest już totalnie przemarznięta i można zaczynać testowanie. W trakcie tychże testów mięśnie odpadały od kości albo same kości się rozpadały. Zawsze jednak kończyło się gangreną, gniciem kończyn. A czy były jakieś wnioski? No tak, uznano, że najlepiej jest taką kończynę umieścić w wodzie o temperaturze między 37 a 40 stopni. Ale ile osób przypłaciło życiem tę wiedzę, tego się nigdy dokładnie nie dowiemy. Natomiast dokładnie wiemy, jak potoczyły się losy pierwszego fizjologa, pierwszego w sensie najważniejszego fizjologa jednostki 731. Po wojnie był autorytet w dziedzinie biologii polarnej człowieka, a później jeszcze rektorem Uniwersytetu Medycznego. Dopiero jak przeszłość zaczęła wyłazić na jaw, to go z uczelni pogonili.
Wróćmy jednak do czasów wojny i do szefa całego tego piekła, bo jego kariera też się rozkręcała i to do tego stopnia, że przy odrobinie pecha mógłby ukatrupić cały świat. Szef jednostki 731 został bowiem doradcą typa odpowiedzialnego za realizację ataku na USA. Ishii się bardzo zaangażował i z radością zaproponował zrzucenie zarazków z samolotów nad dużymi miastami oraz samobójczy desant zarażonych ludzi. Szalony plan, no najwyraźniej nie na tyle szalony, żeby go nie klepnęli. Tak, plan został wstępnie zaakceptowany w 1945 roku, ale jakimś dziwnym trybem, bo z pominięciem dość ważnej postaci, szefa sztabu generalnego. A ten, jak się o tym dowiedział, to natychmiast zareagował. Stwierdził, że wszystkich odpowiedzialnych za ten plan chyba jawnie posrało. Nie ma mowy, bo może i Ameryka to wróg, ale użycie takiej broni może sprawić, że wojna Japonii z USA zamieni się w wojnę ludzkości z zarazkami, którą może wygrać ta druga ekipa, a Japonia nie może być za coś takiego odpowiedzialna. Także wielkie dzięki, panie szefie sztabu.
Pod sam koniec wojny Japończycy zaczęli zacierać ślady po jednostce 731. No bo zdawali sobie sprawę z tego, że potężnie przegięli pałę. Co się dało, to zniszczyli, a pseudo naukowców wycofano z powrotem na japońskie wyspy. Po drodze Ishii rozkazał swoim podwładnym, żeby absolutnie się ze sobą po tym wszystkim nie kontaktowali i nie podejmowali pracy w państwowych instytucjach. Część z nich posłuchała i podjęła pracę w instytucjach państwowych, ale w USA. Tak jest, Amerykanie wiedzieli, że Japończycy prowadzą badania nad bronią biologiczną i szukali speców z tej branży. Tak, tak, samo jak w Niemczech polowali na specjalistów od atomu czy broni rakietowej. Inni byli naukowcy z 731 podejmowali później i tak pracę w japońskich państwówkach albo w sektorze prywatnym, ale temat samej jednostki w takiej narracji historycznej przez kawał czasu był tematem tabu. Nie mówiło się o tym za bardzo i dopiero po latach zaczęły wychodzić na jaw fakty, jak zaczęły się na ten temat wypowiadać osoby pracujące na niższych szczeblach, na przykład pielęgniarki czy strażnicy. I dopiero później zaczęli się wypowiadać pracownicy ważniejsi. Wierzcie lub nie, ale z jakiegoś powodu anonimowo. W każdym razie wreszcie zaczęto wyciągać konsekwencje. No nie, do dziś nikt za te zbrodnie nie poniósł odpowiedzialności. Sam Ishii zmarł na nowotwór gardła w 1959 roku i miał na rękach krew tysięcy ofiar eksperymentów laboratoryjnych i setek tysięcy ofiar eksperymentów w terenie.
Ocenianie, które obozy koncentracyjne i prowadzone tam eksperymenty na ludziach były gorsze albo mniej gorsze od pozostałych, jest nie dość, że niemożliwe, to jeszcze po prostu nieludzkie. Oby nikt z nas nigdy nie znalazł się w takiej sytuacji. Na szczęście chwilowo nic nie wskazuje na to, żeby było takie ryzyko. Oczywiście nie jesteśmy w naszych czasach perfekcyjnie bezpieczni, no ale bez przesady. Wirusy komputerowe to nie wirusy cholery albo dżumy. Poza tym przed tymi komputerowymi, które często sobie sami ściągamy, klikając w linki pułapki, możemy się zabezpieczyć. Taką funkcję nazywa się "Threat Protection" ma Nord VPN. Inną jego opcją jest "Dark Web Monitor", który skanuje różne podejrzane miejsca w necie i sprawdza, czy nikt tam aby nie posługuje się naszymi danymi. No eleganckie rozwiązanie, a na tym się wcale nie kończą eleganckie rozwiązania. Nord VPN ma aplikację po polsku, która ułatwia ogarnięcie wszystkich opcji zabezpieczenia. Do tego całodobowe wsparcie i jeszcze nowe biuro w Warszawie. Oczywiście to nie tak, że musicie tam koniecznie jechać, żeby zacząć z Norda korzystać. W opisie naszego filmu znajdziecie spersonalizowany link, dzięki któremu dostaniecie jeszcze ekstra gratis przy zakupie bardzo opłacalnego cenowo pakietu. Sprawdźcie zresztą sami, a my widzimy się niedługo. Partnerem odcinka był Nord VPN i.