Transcription
Iran jedną ręką przykręca kurek w cieśninie Ormus i windowuje ceny paliwa na całym świecie, a drugą odpala rakiety. I nagle okazuje się, że od Teheranu do Warszawy, Berlina czy Londynu jest dużo bliżej niż ktokolwiek chciałby przyznać. A Trump w tym samym czasie opowiada, że wojna jest wygrana i że wszystko jest pod kontrolą. Jesteśmy świadkami kolejnej wojny, a mimo tego Donald Trump sprzedaje światu opowieść, że sytuacja z Iranem jest pod kontrolą. A na to to banda tchórzy. A co jeśli tak naprawdę nic nie jest pod kontrolą, a każdy z liderów próbuje tylko ugrać swoje? Bo w końcu, gdy rozciągniesz tę narrację w czasie i zestawisz ją z tym, co faktycznie dzieje się na morzach, na rynkach paliw i stolicach sojuszniczych, to dotrze do ciebie, że naprawdę nie jest kolorowo.
Polska poszła po rozum do głowy i postanawia działać, zawiązując nowe sojusze i nowe projekty. Tym razem nie skupimy się tylko na jednym konflikcie, bo aktualna sytuacja na świecie to jedne wielkie puzzle. Po połączeniu dają makabryczny obraz na to, co może się stać w przyszłości. Ale od początku.
W pierwszych tygodniach wojny Trump chciał skorzystać z bardzo wygodnego schematu. USA jako lider, a NATO zapewnia okręty, samoloty i polityczną pieczątkę dla operacji w Zatoce. W połowie marca, czyli już po usunięciu głównej władzy Iranu, administracja naciskała na główne stolice NATO, żeby wysłały okręty na wspólną misję ochrony żeglugi w Zatoce i Cieśninie Ormus. W końcu, skoro wszystko idzie gładko, to wystarczy jedynie straszak i cyk kolejny sukces wyzwalającego lud od zepsutych władz, dobrego wujka Trumpa rzecz jasna. Efekt trochę bardzo różnił się od zamierzonego. Kluczowe europejskie stolice, takie jak Berlin, Paryż, Rzym oraz Madryt, odmawiają, tłumacząc, że konflikt został rozpętany bez mandatu ONZ, że eskaluje ryzyko dla energetyki i że nie chcą być wciągnięci w szeroką wojnę z Iranem.
Publicznie Trump odwołał się do odpowiedzi z 16 marca. W sumie to wybuchł, a nie się odwołał. Podczas spotkania z premierem Irlandii i rozmów z dziennikarzami w Białym Domu pierwszy raz wścieka się na NATO. Mówi, że sojusz nie pomaga w cieśninie Ormus i że od dawna zastanawia się, czy na to kiedykolwiek będzie dla nas. Chwilę później, 20 marca, następuje kulminacja w mediach społecznościowych. Na Twitterze pojawia się wpis, który obiega światowe redakcje, a Trump tam pisze: "Bez Stanów Zjednoczonych NATO to tylko papierowy tygrys." Tak łatwo im to przychodzi, a ryzyko jest znikome, tchórze, ale my o tym nie zapomnimy. W tym poście prezydent przekonuje, że wojna z Iranem jest militarly won, czyli militarnie już wygrana, a brak wsparcia Europy to tylko przejaw wygodnictwa i strachu.
I tu dochodzimy do rzeczy, o której Trump w swoich postach już nie wspomina. Europa wcale nie siedzi z założonymi rękami. Od czterech lat to właśnie europejskie państwa i instytucje finansują dużą część wojny na Ukrainie. Mało tego, według instytutu KIL, w pomocy finansowej prześcignęliśmy już Stany Zjednoczone prawie dwukrotnie. Iran płaci ogromną cenę. Ich zdolności są drastycznie zredukowane. "Mamy to pod kontrolą." To główne zdanie, które Trump powtarza jak mantrę, gdy mówi o tej wojnie. Problem w tym, że jak spojrzysz na mapę, to ta kontrola wygląda jak przygotowania do dużej wojny, a nie do spokojnej operacji. Oficjalna narracja wygląda w sumie w ten sposób: potęga USA gwarantuje bezpieczeństwo szlaków morskich, a okręty to tylko sygnał odstraszania. W wersji dla widza na kanapie ma to być konflikt, który toczy się daleko, jest przewidywalny i w każdej chwili można go przykręcić, jeśli Teheran będzie trochę bardziej pokorny.
W praktyce wygląda to z grubsza inaczej. Pod Grecją operuje największy amerykański lotniskowiec USS Gerald Airford. Na Morzu Arabskim stoi drugi lotniskowiec USS Abraham Lincoln, osłaniany przez flotę 16 jednostek, od niszczycieli po okręty zaopatrzeniowe. A co ciekawe, razem z flotą pływa USCGC Polar Star, lodołamacz. Między Cyprem a wybrzeżami Bliskiego Wschodu krążą amerykańskie niszczyciele rakietowe, a w Zatoce Perskiej USS Canberra, zwinny okręt walki przybrzeżnej, który w każdej chwili może zmienić kurs na Iran albo na Cieśninę Ormus i wspierać flotę na Morzu Arabskim. No, na moje oko nie wygląda to na taką symboliczną obecność. To jest pełnowymiarowa projekcja siły, która w razie błędu, przypadkowego trafienia albo złej decyzji w Teheranie lub Waszyngtonie, może w kilka godzin przerodzić się w otwarty konflikt na całym Bliskim Wschodzie. Kanał wspiera XTB. XTB to polska platforma inwestycyjna, oferująca tysiące instrumentów finansowych z całego świata. Więcej na ten temat znajdziecie w linku w opisie filmu.
I tu dochodzimy do najbardziej brutalnej części tej układanki. To wszystko dzieje się w okolicach jednego z najważniejszych wąskich gardeł świata, Cieśniny Ormus. Przez ten kawałek morza przepływa ogromna część globalnego eksportu ropy i gazu. Ostatnio wiralem stał się indyjski tankowiec z gazem Pine Gaz, który przepływa przez okolice Ormuzu w towarzystwie okrętów wojskowych. To nagranie pokazuje dwie rzeczy na raz. Po pierwsze, że nawet w czasie wojny szlaki handlowe ktoś wciąż próbuje trzymać za wszelką cenę. A po drugie, pokazuje jak mało potrzeba. Jedna salwa za dużo, jeden dron za dużo i nagle wojna po drugiej stronie świata uderza w ciebie w postaci cen paliw, czy przy rachunku za ogrzewanie, bądź w inflacji.
I teraz wyobraź sobie, że jesteś europejskim przywódcą, który już płaci za wojnę w Ukrainie. A ktoś z Waszyngtonu mówi: "Chodź jeszcze otworzyć front pod Ormem, czemu nie?" Nic dziwnego, że z ich perspektywy ta kontrolowana wojna wygląda jak proszenie się o kolejny kryzys energetyczny i spuszczanie gardy na o wiele bliższe zagrożenia. Zanim w ogóle zaczniemy mówić o rakietach czy wielkich bitwach, wystarczy spojrzeć na jedną rzecz, którą wszyscy czują w portfelu. Paliwo.
Cieśnina Ormus to wąski przesmyk między Iranem a Omanem, który łączy Zatokę Perską z Morzem Arabskim. Każdego dnia przepływają tędy okolice 20 milionów barełek ropy, czyli mniej więcej 1/5 światowego zużycia, a do tego 20% globalnego handlu LNG, czyli skroplonego gazu. Dla Arabii Saudyjskiej, Iraku, Kuwejtu, Kataru czy Zjednoczonych Emiratów Arabskich i samego Iranu to główna linia eksportowa. Bez niej ich ropa i gaz zwyczajnie nie wychodzą na świat. A jak wygląda przebieg blokowania takiej cieśniny? W momencie, gdy zaczynają się bombardowania, ataki dronów i ostrzał tankowców, dzieje się kilka rzeczy na raz. Po pierwsze, armatorzy przekierowują statki innymi, dłuższymi trasami. Po drugie, część rejsów jest opóźniana, a część w ogóle wstrzymywana, bo ubezpieczyciele nie chcą brać ryzyka za ten fracht. A po trzecie, każdy statek, który jednak płynie przez Ormus, robi to w warunkach podwyższonego zagrożenia, często w eskorcie okrętów wojennych, tak jak w przypadku Pine Gaz. Efekt jest bardzo prosty: na świecie jest fizycznie mniej ropy i gazu, w którym można się zaopatrzyć, a to, co jest, robi się tylko droższe. Ceny rosną najpierw na giełdach, a chwilę później na stacjach w Europie i poza nią.
Pod koniec marca media i raporty energetyczne zaczynają mówić wprost o "fuel shock". Widać to w obrazkach z wielu krajów. Na stacjach paliw pojawiły się limity tankowania i ceny powyżej 2 € za litr w części Europy. Kierowcy dodatkowo dotankowują w karnistry paliwo. Z czym to może być związane? A wczoraj jakiś fachman zaczął tłumaczyć ludziom, że może być paliwo po 8 i po 9 zł. No, a u nas powoli dochodzimy do tej strasznej granicy 10 zł. Ustawiają się kolejki samochodów, a rządy apelują, żeby zostawiać auta pod domem i ograniczać ruch w miastach. No, jak masz rower, to wiesz, co robić. W państwach globalnego południa wracają sceny z lat 70. Kanistry sprzedawane z bagażników, przemyt paliwa, czasowe zakazy jazdy prywatnymi autami w dni robocze. Co gorsza, wysokie ceny paliw nie uderzają już tylko w kierowców. W Tajlandii całe rybołóstwo stoi na krawędzi zatrzymania, bo armatorów zwyczajnie nie stać na tankowanie kutrów. Łodzie zostają w portach, a całe nadmorskie społeczności tracą źródło dochodu. W tym samym czasie analizy mówią już wprost: "Część światowej podaży ropy i gazu została zawieszona przez działania wojenne i blokadę Cieśniny Ormus." Trump sprzedaje obraz spokojnej wojny daleko stąd, ale Ormuz bardzo szybko przypomina wszystkim, że ta wojna już zaczyna odciskać piętno na całej reszcie świata.
Na tym Iran nie kończy. W ciągu kilku kolejnych dni robi wobec USA dwie rzeczy na raz. Najpierw odpala rakiety w stronę bazy Diego Garcia, prawie 4000 km od swoich wybrzeży, a potem wykłada na stół własną, mocno wyolbrzymioną listę żądań. Propozycja zakończenia wojny wysłana ma w sobie 15 punktów, a w tym między innymi: rozbrojenie programu nuklearnego, koniec wspierania Hezbollachu i innych milicji, otwarcie Cieśniny Ormus, w zamian złagodzenie sankcji i jakieś gwarancje bezpieczeństwa. W pewnym momencie Trump idzie jeszcze dalej. Daje Teheranowi 48 godzin na pełne otwarcie Ormuzu, grożąc uderzeniem w irańskie elektrownie i infrastrukturę. Tylko problem jest taki, że Teheran nie zamierza grać pod USA. Najpierw Iran odpowiada, że zamiast otworzyć, może cieśninę całkowicie zamknąć i uderzyć w kluczowe instalacje energetyczne w całym regionie. I w taki oto sposób 25 marca Iran odpowiada przez media państwowe własną piątką warunków zakończenia wojny, w różnych wersjach, ale zawsze z tym samym tematem. Po pierwsze, natychmiastowe zakończenie ataków USA i Izraela na Iran oraz proirańskie siły w Libanie i Iraku. Twarde gwarancje, że Ameryka nie wznowi wojny w rodzaju "No More Strikes". Finansowe odszkodowanie za zniszczenia wojenne, formalne uznanie przez społeczność międzynarodową pełnej suwerenności Iranu nad Cieśniną Ormus, brak jakichkolwiek ograniczeń negocjacyjnych na irański program rakiet balistycznych. Jak uważacie, przesadzają? Czy ta lista wymagań jest zasadna? Czekam na wasze komentarze.
Kilka dni wcześniej, 21 marca, Iran załatwił sobie dość korzystną pozycję w negocjacjach. Wszystko przez odpalone dwie rakiety balistyczne w stronę bazy USA na Diego Garcia na Oceanie Indyjskim. Dla zobrazowania, to jakieś 4000 km od Iranu. Do tej pory Teheran oficjalnie mówił, że ogranicza zasięg rakiet do 2000 km. Technicznie nie jest to spektakularny atak pełen wybuchów, bo jedna rakieta rozpada się w locie, a druga jest celem amerykańskiej obrony rakietowej. Ale z punktu widzenia wojskowych liczy się coś innego. Baza, która miała być bezpiecznie daleko, nagle znajduje się w praktycznym zasięgu irańskiego pocisku. Analitycy mówią wprost: jeśli był to Koram 4 albo podobny IRBM, to mamy pierwszy realny dowód, że Iran ma operacyjne systemy balistyczne o zasięgu około 4000 km. Żebyście zrozumieli, jak duży jest to zasięg w kontekście wojny, to taka rakieta z łatwością sięga do Warszawy, Berlina, Paryża, a nawet Helsinek czy Londynu. Komentarze ekspertów od Al-Jazeery po NDTV są tutaj zaskakująco zgodne: te rakiety zmieniają strategiczny krajobraz dla USA. Pole bitwy przesuwa się z samego Bliskiego Wschodu na cały region Oceanu Indyjskiego. Iran nie próbuje wygrać klasycznej wojny, tylko podnosi koszt jej prowadzenia dla Amerykanów.
Teraz najważniejszy element układanki, bo Diego Garcia to nie jest jakaś przypadkowa kropka na mapie. To jeden z głównych węzłów amerykańskiego wojska. Stąd startowały ciężkie bombowce B2 nad Irak, Afganistan czy Jemen. Skoro Iran może tę bazę dosięgnąć rakietą, to USA muszą nie tylko latać dalej, ale też wydawać więcej na tarcze przeciwrakietowe i liczyć się z tym, że każda kolejna runda bombardowań może skończyć się odpowiedzią tam, gdzie nie mają idealnej obrony, czyli przy flotach, bazach czy szlakach morskich. Im dalej Iran pokazuje zasięg swoich rakiet i im twardsze stawia żądania, tym bardziej niewygodne robi się dla Waszyngtonu proste "nie". Jeśli USA odrzuca pakiet w całości, Teheran ma czym eskalować. Jeśli zaczną wybierać, co jest do rozmów, de facto przyznają, że wojna nie jest tak do końca "militarly won" i że sytuacja wcale nie jest tak pod kontrolą, jak mówi Trump. Swoją drogą, na kanale został opublikowany długi materiał o Donaldzie Trumpie, także zapraszam, jeśli jeszcze nie widziałeś.
W tym momencie opowieść o tchórzliwym NATO i wygranej wojnie pęka kompletnie, bo kiedy twój przeciwnik jedną ręką blokuje Cieśninę Ormus, a drugą dosięga rakietą bazę 4000 km dalej i jeszcze żąda kasy oraz uznania swoich roszczeń, to nie wygląda to jak ktoś, kogo kontrolujesz, nieprawdaż?
Chiny zaczynają od Tajwanu. Po krótkim spadku aktywności, który zbiegł się z przerzucaniem amerykańskich sił na Bliski Wschód, Pekin wraca do dużych nalotów w tajwańską strefę rozpoznania powietrznego. Tajwańscy urzędnicy mówią wprost: chodzi o wytworzenie poczucia, że kiedy Waszyngton odwraca wzrok i przesuwa sprzęt do wojny z Iranem, napięcie wokół wyspy rośnie, a nikomu nie starcza już rąk, żeby szybko zareagować. Z boku patrzy na to wszystko Japonia. Chińskie i rosyjskie wojska od lat prowadzą wspólne patrole i ćwiczenia wokół jej wybrzeży. A tokijskie MON regularnie odnotowuje wejścia maszyn w okolice japońskiej przestrzeni powietrznej i odpowiada poderwaniem myśliwców. Przykładem jest chociażby sytuacja z grudnia, kiedy chiński lotniskowiec przepłynął wzdłuż Japonii, a następnie wypuścił z pasa startowego myśliwiec. Im mocniej Stany Zjednoczone angażują się na Bliskim Wschodzie, tym częściej w japońskich dokumentach pojawia się jedna obawa: że Pekin wykorzysta długotrwałe zaangażowanie Ameryki w Iranie jako osłonę dla bardziej agresywnych ruchów wobec Tajwanu, a to automatycznie uderzy też w bezpieczeństwo Japonii. Stąd na mapach widać japońskie lotniskowce JS ISE, JS Kaga, JS Huga i JS Izumo. Co jest w tym wszystkim niepokojące, to fakt, że żaden z okrętów nie znajduje się ani w bazie wojskowej, ani w bazach modernizacyjnych. Nie byłoby to dziwne, gdyby nie fakt, że JS ISE i JS Huga są właśnie w trakcie modernizacji. Czy w takim razie Japonia przygotowuje się na najgorsze?
Na poziomie dyplomacji sporo ugrywają Chiny i Rosja w ONZ. W Radzie Bezpieczeństwa konsekwentnie atakują amerykańsko-izraelską wojnę z Iranem, domagając się potępienia nalotów jako nielegalnej agresji i wzywając do natychmiastowego zawieszenia broni. W analizach think tanków pojawia się jasny motyw: Pekin i Moskwa próbują zbudować narrację, że to USA są destabilizatorem, po to, by później łatwiej usprawiedliwić własne ruchy wobec Tajwanu czy Ukrainy argumentem o podwójnych standardach. Sprytne. Sprytne.
Za naszą wschodnią granicą Kreml też nie marnuje okazji. W lutym i marcu Rosja mocno podkręca intensywność ataków rakietowo-dronowych na Ukrainę. 24 marca w nocy leci kolejna duża fala pocisków w stronę zachodnich obwodów, relatywnie blisko polskiej granicy. Nad ranem polskie dowództwo podnosi gotowość. W powietrze idą pary dyżurne myśliwców, startuje śmigłowiec, a naziemne systemy obrony powietrznej i radarowe przechodzą w tryb pełnej koncentracji. Przez kilka godzin nad Polską trwa realna, skoordynowana operacja NATO z udziałem sojuszniczych myśliwców i baterii przeciwlotniczych. Oficjalnie żadna rosyjska rakieta nie wchodzi w naszą przestrzeń powietrzną, ale w praktyce jesteśmy znowu o włos od sytuacji, w której wojna z Ukrainą wylewa się do nas.
Właśnie w takiej rzeczywistości Polska zaczyna myśleć nie tylko o dzisiejszych dyżurach F16 i przyszłych F35, ale też o tym, jak będzie wyglądać obrona nieba za 10 czy 20 lat. Stąd głośno zrobiło się o zainteresowaniu dołączeniem do programu GCAP Global Combat Air Program, czyli wspólnego myśliwca szóstej generacji, rozwijanego przez Wielką Brytanię, Włochy i Japonię. To maszyna projektowana dokładnie pod obecną sytuację, gdzie trzeba działać szybko, celnie i na dalekie dystanse. W skrócie, kiedy Trump opowiada o stabilności i tchórzliwym NATO, Chiny podkręcają presję na Tajwan. Rosja testuje odporność Ukrainy i nerwy Polski, a Warszawa coraz poważniej szykuje się do epoki, w której takie dni jak 24 marca mogą stać się normą, a nie wyjątkiem.
Finalnie możemy odczuć wrażenie, że cały świat powoli skręca w bardzo niebezpieczne tory. W końcu USA, próbujące rozproszyć konflikty po całym świecie, zaczyna doprowadzać do efektu odwrotnego od zamierzonego. Rosja i Chiny widzą okienka na Ukrainę i Tajwan. Państwa europejskie mierzą się z naciskiem już nie tylko wroga, ale także sojusznika. A globalny rynek znowu zalicza mocny spadek. Pytanie tylko, czy USA zrozumie, że jest na przegranej pozycji i każdy kolejny dzień konfliktu niesie za sobą coraz większe konsekwencje. Dziękuję za oglądanie. Zapraszam was do subskrypcji kanału Globus, by być na czasie i do zobaczenia w następnych odcinkach. M.