Transcription
Publio.pl najlepsze ebooki, audiobooki, e-prasę. Dom wydawniczy Rebis przedstawia: Erich Maria Remarque. Na zachodzie bez zmian. Przełożył Ryszard Wojnakowski. Czyta Krzysztof Gosztyła.
Książka ta nie pragnie być oskarżeniem ani wyznaniem. Stanowi tylko próbę opowiedzenia o pokoleniu, które zniszczyła wojna, nawet jeśli nie dosięgły go jej granaty.
Rozdział 1.
Stoimy 9 km za linią frontu. Wczoraj nas zluzowano. Teraz mamy żołądki pełne białej fasoli z wołowiną. Jesteśmy syci i zadowoleni. Dodatkowo każdy z nas zafasował pełną menażkę na kolację. Oprócz tego są podwójne porcje kiełbasy i chleba. Ledwo możemy się ruszać. Coś takiego nie zdarzyło się już od dawna.
Nasz kucharz, który ma głowę czerwoną jak pomidor, osobiście nakłada jedzenie. Kiwa chochlą na każdego, kto przechodzi w pobliżu i energicznym ruchem napełnia menażkę. Jest załamany, bo nie wie, jak opróżnić swoją kuchnię polową. Diadem Miller wytrzasnęli skądś parę miednic i kazali sobie nałożyć równo z brzegiem na zapas. Ja bym zrobił to, bo jest żarłokiem. Miller, bo jest przezorny. Gdzie Diadem to mieści, to zagadka dla wszystkich, bo jest i zawsze będzie chudzielec.
Najważniejsze, że była też podwójna porcja czegoś do palenia dla każdego: 10 cygar, 20 papierosów i dwie prymki tytoniu do żucia. Potraktowano nas bardzo porządnie. Ja wymieniłem się z Kaczyńskim tytoń do żucia za papierosy, dzięki czemu mam teraz 40 papierosów. O, to już wystarczy na dzień.
Wszystkie te prezenty właściwie nam nie przysługują. Aż tacy szczodrzy Prusacy nie są. Zawdzięczamy ten przydział pomyłce. Dwa tygodnie temu musieliśmy wyruszyć na front, żeby zluzować innych. Na naszym odcinku było dosyć spokojnie, dlatego podoficer prowiantowy dostał na dzień naszego powrotu normalną ilość jedzenia, które powinna wystarczyć dla 150-osobowej kompanii. Ale akurat w ostatni dzień dały nam się zaskakująco we znaki armaty. Dale i ciężkie granaty. To angielska artyleria, która przez długi czas tak waliła w nasze pozycje, że ponieśliśmy wielkie straty i wróciło nas tylko 80.
Wróciliśmy w nocy i od razu rzuciliśmy się na wyra, żeby najpierw porządnie się wyspać. Kaczyński ma bowiem rację: wojna nie byłaby tak zła, gdyby człowiek miał więcej snu. W pierwszej linii nigdy nie można na to liczyć, a dwa tygodnie zawsze ciągną się bardzo długo.
Było już południe, gdy pierwsi z nas wyleźli z baraków. Pół godziny później każdy wziął w łapę swoją menażkę i zebraliśmy się przed kuchnią polową, od której czuć było zapach tłuszczu i żywności. Na czele, naturalnie, największe głodomory. Mały Albert, Kropp. To ten z nas, który potrafi najtrzeźwiej myśleć i dlatego jest dopiero gefrajtem. Miller, który taszczy z sobą podręczniki szkolne i marzy mu się jeszcze zdanie skróconej matury pod artyleryjskim ostrzałem, zakuwa twierdzenia fizyczne. Który ma na twarzy pełny zarost i bardzo lubi panienki z oficerskiego burdelu. Przysięga, że na mocy rozkazu dowództwa armii mają obowiązek nosić jedwabne koszule i brać kąpiel przed każdym gościem od kapitana w górę. Jako czwarty Jan Paul Bojm. Wszyscy czterej mamy po 19 lat. Wszyscy czterej z tej samej klasy poszliśmy na wojnę. Tuż za nami nasi przyjaciele. Diadem, chudy ślusarz, też nasz rówieśnik, największy żarłok w kompanii. Siada do jedzenia szczupły, a wstaje gruby jak ciężarna pluskwa. W tym samym wieku co my, kopacz torfu, potrafiący bez trudu zamknąć w dłoni bochenek komiśniaka i zapytać: "Zgadnijcie, co trzymam w ręku?". Deatering, rolnik, który myśli tylko o swojej zagrodzie i żonie. No i wreszcie Stanisław Kaczyński, przywódca naszej grupy, twardy, sprytny, cwany. 40 lat o ziemi z tej twarzy i niebieskich oczach, opadających barkach i cudownym węchu. Zawsze wie, gdzie czai się niebezpieczeństwo, gdzie jest dobre jedzenie i można się zadekować.
Nasza grupa tworzyła czoło kolejki przed kuchnią polową. Zaczęliśmy się niecierpliwić, bo nie domyślający się niczego kucharz w dalszym ciągu stał i czekał. W końcu Kaczyński zawołał do niego: "Otwieraj ze swoją zupodajnią, Heinrichu! Przecież widać, że fasola już się ugotowała!". Tamten jednak sen nie pokręcił głową. "Nie, najpierw musicie zebrać się wszyscy." Diadem wyszczerzył zęby w uśmiechu. "Żebraliśmy się wszyscy." Podoficer niczego jeszcze nie zauważył. "Pasowałoby wam tak." "A gdzie inni?" "Oni dzisiaj u ciebie się nie stoją. Lazaret albo masowa mogiła."
Kucharza niemal z nóg zwaliło, kiedy poznał fakty. Aż się zachwiał. "A ja ugotowałem dla 150 ludzi!" Trącił go łokciem między żebra. "No to się w końcu narzucimy! Jazda, zaczynaj wydawać!" Nagle coś jakby olśniło Diadema. Jego spiczasta, mysia twarz zaczęła niemal błyszczeć. Chytre oczka zwęziły się w szparki, policzki zadrgotały. Podszedł bliżej. "Człowieku, w takim razie pobrałeś też chleb dla 150 ludzi, prawda?" Zbaraniały, wciąż jeszcze nieobecny duchem podoficer skinął głową. Diadem chwycił go za mundur na piersi. "I kiełbasę też?" "Pomidorowa głowa znowu przytaknęła." "Żuchwa, jedzenie, tytoń też tak?" "Wszystko." Diadem rozejrzał się dookoła rozpromienionym wzrokiem. "To się nazywa mieć szczęście! W takim razie to wszystko jest dla nas i każdy z nas dostanie i czekajcie!" "Tak jest, dokładnie podwójną porcję."
W tym momencie pomidor obudził się ponownie do życia i oświadczył: "To niemożliwe!". Teraz jednak i myśmy się I zaczęliśmy na niego nacierać. "A niby dlaczego to niemożliwe?" "Marchewą?" spytał Kaczyński. "Co jest dla 150 ludzi, nie może być przecież dla 80." "No, my pokażemy ci, że może." "Marknął." "Obiad, niech będzie, ale porcje mogę wydać tylko do 80." upierał się pomidor. Kaczyński ze złościł się nie na żarty. "Ciebie też trzeba by chyba zluzować, co? Pobrałeś prowiant nie dla 80 ludzi, tylko dla drugiej kompanii i kropka. I teraz go wydasz, a druga kompania to my!" Naparliśmy.
Kucharza nikt za nim nie przepadał. Parę razy z jego winy dostaliśmy jedzenie w okopach za późno, zimne, bo pod lekkim ostrzałem granatami bał się zbliżyć wystarczająco ze swoim kotłem i nasi roznosiciele jedzenia musieli odbywać o wiele dłuższą drogę niż ich koledzy z innych kompanii. Z pierwszej i sprawował się o klasę lepiej. Wyglądał, co prawda, jak chomik zimą, ale gdy było trzeba, paszczył garnki osobiście, nawet na pierwszą linię. Byliśmy akurat we właściwym nastroju i na pewno nie obyłoby się bez bicia, gdyby nie pojawił się nasz dowódca kompanii. Zapytał o co ta kłótnia i na razie powiedział tylko tak: "Ponnieśliśmy wczoraj duże straty." Następnie zajrzał do kotła. "Wygląda na to, że fasola jest dobra." Pomidor skinął głową. "Z tłuszczem i z mięsem." Porucznik popatrzył na nas. Wiedział, co myślimy. Poza tym wiedział to i owo, bo dorastał, a przyszedł do kompanii jako podoficer. Jeszcze raz uniósł pokrywę kotła i powąchał. Odchodząc, powiedział: "Mnie też przynieście pełny talerz, a porcje mają być wydawane wszystkie. Mogą się nam przydać."
Pomidor zrobił głupią minę. Diadem okrążył go tanecznym krokiem. "Nie jest ci to nie zaszkodzi, jakby do niego tylko należało wydawanie prowiantu. Tak się zachowuje. A teraz, stary tłuściochu, zaczynaj!" "No, tylko nie pomóc się wliczać." "A ty się powiesz?" "Porychnął." Pomidor wybuchnął, bo w jego wyobrażeniu coś takiego sprzeciwiało się logice. Przestał rozumieć świat i jakby chcąc pokazać, że jest mu już wszystko jedno, przydzielił dodatkowo po pół funta sztucznego miodu na głowę.
Dzisiejszy dzień naprawdę jest dobry. Przyszła nawet poczta. Prawie każdy dostał parę listów i gazet. Teraz wylegamy na łąkę za barakami. Kropp trzyma pod pachą okrągłe wieko beczułki po margarynie. Po prawej stronie, na skraju łąki, zbudowano dużą masową latrynę, zadaszony, stabilny budynek. Ale to coś dla rekrutów, którzy nie nauczyli się jeszcze wykorzystywać każdej okazji. My szukamy czegoś lepszego. Oprócz latryny stoją bowiem wszędzie małe, pojedyncze skrzynki przeznaczone do tego samego celu. Są czworokątne, czyste, cała stolarka z drewna, zamknięte ze wszystkich stron ze znakomicie wyprofilowanym, wygodnym siedzeniem. Na bocznych ścianach znajdują się uchwyty, dzięki czemu można je transportować. Zsuwamy blisko siebie trzy i rozsiadamy się wygodnie. Nie wstaniemy stąd przed upływem dwóch godzin.
Pamiętam, jak wstydziliśmy się z początku w koszarach, gdy jako rekruci musieliśmy korzystać ze zbiorowej latryny. Drzwi w niej nie ma. 20 ludzi siedzi koło siebie jak w pociągu. Można ich ogarnąć jednym spojrzeniem. Po prostu żołnierz powinien być zawsze pod nadzorem. Od tamtej pory sporośmy się nauczyli, nie tylko przezwyciężać tę odrobinę wstydu. Z czasem nawykliśmy też do zupełnie innych rzeczy. Ale tu na zewnątrz to po prostu przyjemność. Już nie pamiętam, dlaczego dawniej przechodziliśmy zawsze nieśmiało obok takich spraw. Co one? Przecież równie naturalne jak jedzenie i picie. I nie trzeba by specjalnie mówić o nich, gdyby nie odgrywały w naszym życiu tak istotnej roli. I akurat dla nas nie były takie nowe. Dla innych bowiem od dawna były czymś oczywistym. Na żołnierza żołądek i trawienie to terytorium znane lepiej niż u wszystkich innych ludzi. Pochodzi z niego 3/4 jego słownictwa. Tutaj znajduje jędrny podkład zarówno wyraz najwyższej radości, jak i najgłębszego oburzenia. W inny sposób nie można wyrażać się tak zwięźle i klarownie. Nasze rodziny i nauczyciele naprawdę się zdziwią, kiedy przyjedziemy do domu. No, ale tutaj jest to po prostu język uniwersalny. Dla nas wszystkie te czynności zachowały niewinność przez swoje nieuchronne upublicznienie. Co więcej, są one dla nas tak oczywiste, że ich spokojne załatwienie ceni się tak samo jak, przykładowo, pięknie rozegrany nie wyjęty grand bez czterech. Nie przypadkiem dla określenia wszelkiego rodzaju paplaniny powstało wyrażenie "pogawędka". Dla trybie do takie miejsce to wojskowy kącik plotek i namiastka knajpianego stolika, przy którym spotyka się to samo towarzystwo. W tej chwili jest nam lepiej niż wyłożonej bielutkimi kafelkami luksusowej ubikacji. No, tam może być tylko bardziej higienicznie. Tutaj natomiast jest przyjemniej. Te cudowne godziny bezmyślności. Nad nami wznosi się błękitne niebo. Na horyzoncie wiszą w jasnych promieniach słońca żółte balony na uwięzi i wykwitają białe obłoczki pocisków obrony przeciwlotniczej. Czasem, kiedy ścigają samolot, sypią się w górę seriami. Stłumione pomruki frontu docierają do nas niczym bardzo odległa burza. Nawet przelatujące bąki zagłuszają buczeniem te odgłosy. A dookoła nas rozciąga się kwitnąca, kołyszą się delikatne wiechy traw, pod fruwają bielinki kapustniki, unoszą się na miękkim, ciepłym wietrze późnego lata. Czytamy listy i gazety i palimy. Zdejmujemy czapki i kładziemy je obok siebie. Wiatr rozwiewa nam włosy, bawi się nimi, bawi się naszymi słowami i myślami. Trzy skrzynki stoją wśród błyszczących czerwienią maków. Kładziemy na kolanach wieko beczułki po margarynie, które stanowi świetną podkładkę przy grze w skata. Kropp wziął z sobą karty. Po każdym numerze rozgrywa się partia. Ramsza suwanego. Można by tak siedzieć bez końca. Od strony baraków dobiegają dźwięki harmonii. Czasem odkładamy karty i patrzymy na siebie. Któryś mówi: "Ludzie, ludzie, albo mogło się źle skończyć." I na chwilę zapada milczenie. Wypełnia nas silne, tłumione uczucie. Każdy zdaje sobie z niego sprawę. Nie trzeba wielu słów. Mało brakowało, byśmy nie siedzieli dziś na tych swoich skrzynkach. Cholernie mało brakowało. I dlatego wszystko jest nowe i silne: czerwone maki i dobre jedzenie, papierosy i letni wieczór.
"Czy któryś z was widział Kennerisa?" pyta Kropp. "Leży u Świętego Józefa." odpowiadam. "Zdaniem Millera ma przestrzelone na wylot udo. A to oznacza pewny bilet do domu." Postanawiamy odwiedzić go po południu. Wyciąga jakiś list. "Mam was pozdrowić od Kantorka." Śmiejemy się. Miller rzuca na ziemię niedopałek i mówi: "Chciałbym, żeby był tutaj Kantorek." Był wychowawcą naszej klasy, drobnym mężczyzną w szarym surducie, o surowej, spiczastej, mysiej twarzy. Był mniej więcej takiej samej postury jak podoficer Himmelstoss. Postrach Klosterbergu. To zresztą śmieszne, że źródłem nieszczęść świata tak często bywają ludzie niskiego wzrostu, o wiele energiczniejsi, bardziej kłótliwi niż wysocy. Zawsze się pilnowałem, żeby nie trafić do kompanii z niskim dowódcą, bo tacy przeważnie cholernie znęcają się nad żołnierzami. Na lekcjach gimnastyki Kantorek tak długo wygłaszał nam płomienne mowy, aż nasza klasa pod jego dowództwem przemaszerowała w zwartym szyku przez miasto do wojskowej komendy uzupełnień i zgłosiła się na ochotnika. Mam go jeszcze przed oczami, jak patrzy na nas, błyskając szkłami okularów, i wzruszonym głosem pyta: "Was też wśród nich nie zabraknie, prawda, koledzy?". Ci wychowawcy tak często mają uczucia patriotyczne pod ręką, dosłownie w kieszeni kamizelki. Wydają je przecież co godzinę. Ale wtedy jeszcze nie zastanawialiśmy się nad tym. Jeden z nas jednak się wahał. Nie bardzo chciał się zaciągnąć. Był to Józef Bem, sympatyczny grubas. W końcu dał się przekonać. W przeciwnym razie nie mógłby się pokazać na oczy. Może więcej kolegów myślało jak on, lecz nikt tak naprawdę nie potrafił się wykluczyć. W tym okresie nawet rodzice prędko sięgali po słowo "tchórz". Ludzie zwyczajnie nie mieli pojęcia o tym, co nadchodziło. Najrozsądniej zachowywali się ci biedni i prości: od razu uznali wojnę za nieszczęście, podczas gdy lepiej sytuowani nie posiadali się z radości. Choć właśnie oni powinni znacznie wcześniej uświadomić sobie, co to w konsekwencji oznacza. Kaczyński twierdzi, że to kwestia wykształcenia. To ono ogłupia, a karta mówi tylko to, co wcześniej przemyślał. Co dziwne, Bem był jednym z pierwszych poległych podczas ataku. Dostał postrzał. Oczy zostawiliśmy go, uznając za martwego. Nie mogliśmy go z sobą zabrać, bo trzeba było wycofywać się w pośpiechu. Po południu niespodziewanie usłyszeliśmy, że nas woła i zobaczyliśmy, że czołga się na przedpolu. Wcześniej był tylko nieprzytomny. Ponieważ nic nie widział i szalał z bólu, nie korzystał z żadnego osłony. To też dam ci go zastrzelili, zanim ktoś zdążył podejść i odciągnąć go na naszą stronę. Naturalnie, nie można z tym kojarzyć Kantorka. No, bo co to byłby za świat, gdyby już coś takiego chciało się nazywać winą? Były przecież tysiące Kantorków, a każdy z nich przekonany, że w wygodny dla siebie sposób robi wszystko, co w jego mocy. Ale właśnie na tym polega, naszym zdaniem, ich bankructwo. Dla nas, 18-latków, powinni być pośrednikami i przewodnikami do świata dorosłych, świata pracy, obowiązku, kultury i postępu, do przyszłości. Czasami kpiliśmy z nich i robiliśmy im psikusy, lecz w zasadzie im wierzyliśmy. Z pojęciem autorytetu, który posiadali, wiązało się w naszym wyobrażeniu większe zrozumienie i lepsza znajomość człowieka. Pierwszy trup, jakiego zobaczyliśmy, zniszczył jednak to przekonanie. Musieliśmy stwierdzić, że nasz wiek jest uczciwszy od ich wieku. Przewyższali nas tylko frazesami i sprytem. Pierwszy huraganowy ostrzał dowiódł nam, że się myliliśmy, a pod nim zawalił się światopogląd, który nam wpajali. Kiedy oni pisali jeszcze i gadali, my widzieliśmy lazarety oraz umierających. Kiedy oni przedstawiali służbę ojczyźnie jako najwyższe dobro, my wiedzieliśmy już, że silniejszy jest strach przed śmiercią. Dlatego nie staliśmy się buntownikami, dezerterami, tchórzami. Tak szybko sięgali po wszystkie te wyrażenia. Kochaliśmy ojczyznę tak samo jak oni. W każdym natarciu szliśmy odważnie do przodu, lecz teraz rozróżnialiśmy nagle. Nauczyliśmy się widzieć i widzieliśmy, że nie pozostało nic z ich świata. Nagle sami i sami musieliśmy się z tym uporać.
Zanim wyruszyliśmy do kanalizy, spakowaliśmy jego rzeczy. Powinny mu się przydać w podróży. W lazarecie panuje wielki ruch. Jak zawsze, pachnie tu karbolem, ropą i potem. Mieszkając w barakach, człowiek jest przyzwyczajony do różnych rzeczy, ale tutaj możemy się zrobić słabo. Wypytując o drogę, docieramy do sali Kennerisa. Ten wita nas słabym uśmiechem zadowolenia i bezradnego zdenerwowania. Kiedy był nieprzytomny, ukradziono mu zegarek. Miller kręci głową. "Zawsze ci mówiłem, że nie zabiera się z sobą takiego dobrego zegarka." Miller jest trochę grubo ciosany i zawsze chce mieć rację. W przeciwnym razie trzymałby Gembela kłódkę, bo każdy widzi, że Kenneris dziś już z tej sali nie wyjdzie. Jest rzeczą zupełnie obojętną, czy odnajdzie swój zegarek. Najwyżej będzie można posłać go do domu jako pamiątkę. "No, jak się masz, front?" pyta Kropp. Kiedyś spuszcza głowę. "Ujdzie, tylko cholernie boli mnie noga." Spoglądamy na jego kołdrę. Noga spoczywa w koszyczku z drutu. Kołdra uwypukla się mocno w tym miejscu. Kopie Millera piszczel, bo gotów byłby jeszcze powtórzyć Kennerisowi to, co powiedzieli nam sanitariusze przed wejściem, że Kenneris nie ma już nogi, została amputowana. Wygląda okropnie. Jest żółty i blady na twarzy. Malutkie, obce linie, które tak dobrze znamy, bo widzieliśmy je setki razy. To właściwie nie, to raczej znaki pod skórą. Przestało pulsować życie, które zostało wyparte prawie poza ciało. Od środka toruje sobie drogę śmierć. Oczy już opanowała. Tam leży nasz kolega Kenneris, który jeszcze niedawno piekł z nami koninę i siedział w lejku po pocisku. To jeszcze on, a zarazem to już nie on. Jego obraz stał się rozmyty, nieostry, niczym płyta fotograficzna, na której zrobiono dwa zdjęcia. Nawet jego głos brzmi popielato. Przypominam sobie, jak wtedy odjeżdżaliśmy na dworzec. Odprowadziła go matka, poczciwa, tęga kobieta. Płakała bez przerwy. Twarz miała nabrzmiałą i opuchniętą. Krępowała się z tego powodu, gdyż była najmniej opanowana ze wszystkich matek. Formalnie rozpływała się w tłuszczu i łza uwzięła się przy tym na mnie. Co rusz chwytała mnie za ramię i błagała, żebym na froncie uważał na France. Tyle że on miał również twarz dziecka i tak miękkie kości, że po noszeniu tornistra przez 4 tygodnie już nabawił się platfusa. Ale jak można uważać na kogoś w polu? "A teraz to pojedziesz do domu" - mówi Kropp. "Pan urlop musiałbyś czekać jeszcze co najmniej trzy, cztery miesiące." Dokładnie widzę jego dłonie, które wyglądają jak z wosku. Za paznokciami ma ziemię z okopów w kolorze granatowym jak trucizna. Uzmysławiam sobie, że te paznokcie będą nadal rosły jeszcze długo, niczym jakaś upiorna flora piwniczna, kiedy Kenneris dawno nie będzie już oddychał. Dla mnie przed oczami skręcają się w korkociągi, rosną wraz z nim włosy na rozpadającej się czaszce jak trawa na dobrym gruncie. Dokładnie tak samo jak trawa. "Jak to możliwe?" Miller pochyla się. "Przenieśliśmy ci twoje rzeczy." "Połóżcie je pod łóżkiem." Miller wykonuje polecenie. Zaczyna znowu mówić o zegarku. "Jakbym uspokoić, a nie wzbudzić przy tym jego podejrzliwość." Miller wynurza się spod łóżka z parą lotniczych butów w ręku. Eleganckie angielskie trzewiki z miękkiej, żółtej skóry, sięgającą kolana cholewką, sznurowane do samej góry. Istny przedmiot pożądania. Miller jest zachwycony i widokiem. Przykłada podeszwy do własnych niezgrabnych buciorów i pyta: "France, zamierzasz zabrać te buty ze sobą?". Wszyscy trzej mamy w głowie tę samą myśl. Nawet gdyby był zdrowy, mógł mu się przydać tylko jeden but. Nie miały więc dla niego żadnej wartości. Ale w obecnym stanie rzeczy niestety będą musiały tu zostać i sanitariusze naturalnie zaraz je capną, gdy tylko umrze. Miller powtarza swoje pytanie: "Nie wolałbyś ich tu zostawić?". "Wzbrania się." "To najcenniejsze, co ma." "Możemy je przecież wymienić." "Proponuję znowu na froncie. Takie coś zawsze się przyda." "Kiedyś jest niewzruszony." Nadeptuje millerowi na nogę. Ten że wahaniem odkłada piękne buty pod łóżko. Rozmawiamy jeszcze chwilę. W końcu się żegnamy. "No to trzymaj się, Franco." Obiecuję mu, że jutro zajrzę znowu. Miller też o tym wspomina, ale jemu chodzi o sznurowane buty i dlatego chce być na posterunku.
Na gorączkę na korytarzu zatrzymujemy jednego z sanitariuszy i staramy się go przekonać, żeby dał Kennerisowi zastrzyk. Sanitariusz odmawia. "Jak gdybyśmy chcieli dawać morfinę każdemu, to musielibyśmy jej mieć całe beczki." "To pewnie obsługujesz tylko oficerów?" zauważa złośliwie Kropp. Szybko się wtrącam, żeby zażegnać sprzeczkę i na początek częstuję sanitariusza papierosem. Ten przyjmuje go. Potem pytam: "A tak w ogóle, to wolno ci robić zastrzyki?". Jest obrażony. "No, jeżeli nie wierzycie, to po co mnie pytacie?" Wciskam mu do ręki jeszcze kilka papierosów. "Zrób nam tę przysługę." "No dobrze." odpowiada. Kropp wchodzi z nim do środka. "Nie dowierza mu, chcę być świadkiem." My czekamy na zewnątrz. Miller zaczyna znowu o butach. "A wiecie, idealnie by nam nie pasowały, bo w tych kajakach to robią mi się tylko odciski." Sądzi, że wytrzyma do jutra, kiedy zajrzymy po służbie. Bo jeśli zejdzie w nocy, to tyle śmieci buty widzieli. "No, wraca Albert." "No i jak, sądzicie, załatwione?" odpowiada Miller, zamykając rozmowę. Idziemy z powrotem do swoich baraków. Myślę o liście, który będę musiał napisać jutro do matki Kennerisa. Przenika mnie chłód i mam ochotę napić się wódki. Miller zrywa i żuje źdźbła trawy. Nagle małe Kropp wciska papierosa na ziemię, depcze zaciekle niedopałek, rozgląda się dookoła ze wzburzoną, zmieszaną twarzą i jąkając się wyrzuca z siebie: "Cholera! Cholerny świat!". Idziemy dalej. Jeszcze długo Kropp się uspokoił. "Znamy to amok frontowy. Każdego kiedyś dopadnie." "A właściwie, to co takiego napisał ci Kantorek?" pyta go Miller. Kropp wybucha śmiechem. "Że jesteśmy Żelazną Młodzieżą." Wszyscy trzej śmiejemy się poirytowani. Kropp wzrzyma się, ale jest zadowolony, że znowu może mówić. "Oni myślą w ten sposób, tych 100 tysięcy Kantorków. Żelazna Młodzież w wodzie. Wszyscy mamy po nie więcej niż 20 lat, ale czy jesteśmy młodzi? Czy jesteśmy młodzieżą? Młodość dawno minęła. Jesteśmy starymi ludźmi."
Rozdział drugi.
Dziwnie się czuję, myśląc o tym, że w domu, w szufladzie biurka, leży napoczęty dramat Zaolla i plik wierszy. Spędziłem nad tymi tekstami niejeden wieczór. Prawie wszyscy pisaliśmy wtedy podobne rzeczy. Stało się jednak dla mnie czymś tak nierzeczywistym, że już nie za bardzo potrafię to sobie wyobrazić. Odkąd jesteśmy tutaj, zostaliśmy odcięci od swego wcześniejszego życia, choć nie zrobiliśmy niczego w tym kierunku. Czasem próbujemy uzyskać orientację i jakieś wyjaśnienie tego faktu, lecz niespecjalnie nam się to udaje. Wszystko jest bardzo niejasne, w szczególności dla nas, dwudziestolatków. Dla mnie, Kroppa, Millera, dla tych, których Kantorek określił mianem "Żelaznej Młodzieży". Prawie wszyscy starsi ludzie są mocno związani z tym, co było wcześniej, ale mają się na czym oprzeć: mają kobiety, dzieci, zawody i interesy, które są już tak silne, że nie może ich rozerwać nawet wojna. My, dwudziestoletni, mamy natomiast tylko rodziców, a niektórzy mają dziewczyny. To niewiele, bo w naszym wieku wpływy rodziców są najsłabsze, a oddziaływanie dziewcząt nie jest jeszcze tak dominujące. Poza tym w naszym wypadku nie było przecież tak wielu innych rzeczy. Trochę marzycielstwa, ale pasji i szkoła. Dalej nasze życie jeszcze nie sięgało i nie zostało z niego nic. Kantorek powiedziałby, że stoimy właśnie na progu egzystencji i coś w tym rodzaju. Przeżywamy jeszcze, nie zapuściliśmy korzeni, a wojna już nas podmyła. Dla innych, starszych, wojna to tylko antrakt. Oni potrafią myśleć o tym, co będzie potem. My zaś zostaliśmy przez wojnę porwani. Nie wiemy, jak to się skończy. Na razie wiemy tylko tyle, że zdziczeliśmy w szczególny, melancholijny sposób, choć nie potrafimy już nawet zbyt często się smucić. Mimo że Miller chce mieć buty, Kenneris wcale nie jest z tego powodu mniej współczujący niż ktoś, kto z bólu nie śmiał nawet o tym pomyśleć. On potrafi tylko rozgraniczać. Gdyby buty mogły coś pomóc Kennerisowi, Miller wolałby chodzić boso po drucie kolczastym, niż zastanawiać się, jak wejść w ich posiadanie. W aktualnej sytuacji te buty są jednak czymś, co nie ma absolutnie nic wspólnego ze stanem Kennerisa. Mogą się przydać. Kamień umrze, bez względu na to, kto je otrzyma. Dlaczego więc Miller nie miałby się o nie starać? Ma do nich przecież większe prawo niż jakiś sanitariusz. A kiedy Kenneris umrze, będzie na to za późno. Dlatego Miller już teraz chce wszystkiego dopilnować. Utraciliśmy zmysł rozumienia innych relacji, bo są one sztuczne. Tylko fakty są prawdziwe i ważne dla nas, a dobre buty należą do rzadkości.
Dawniej także to wyglądało inaczej. Kiedy szliśmy do komendy uzupełnień, byliśmy jeszcze klasą, składającą się z 20 młodych ludzi, którzy przed wejściem na dziedziniec koszarowy, wśród dowcipnych żarcików, poddali się część z nich po raz pierwszy wspólnemu goleniu. Nie mieliśmy zdecydowanych planów na przyszłość. Bardzo niewielu myślało już o karierze i zawodzie w kategoriach praktycznych i na tyle konkretnie, że mogło to wyznaczyć kierunek ich egzystencji. Byliśmy za to pełni niepewnych idei, które w naszych oczach nadawały życiu, ale także wojnie, wyidealizowany i niemal romantyczny charakter. Przez 10 tygodni przechodziliśmy szkolenie wojskowe i w tym czasie ukształtowano nas na nowo, gruntowniej niż przez 10 lat szkoły. Nauczono nas, że wypolerowany guzik jest ważniejszy niż 4 tomy Schopenhauera. Raz zdziwieni, potem rozgoryczeni, w końcu zaś obojętniali, dowiedzieliśmy się, że nie duch wydaje się decydujący, tylko szczotka do butów; nie myśl, tylko system; nie wolność, tylko dryl.
Centuzjazmem i ochoczo zostaliśmy żołnierzami, ale robiono wszystko, żeby wybić nam z głowy ten zapał. Po trzech tygodniach nie było już dla nas niepojęte, że wygalonowany listonosz ma nad nami większą władzę niż dawniej pospołu rodzice, wychowawcy i wszystkie kręgi kulturowe od Platona. Pobite młodymi, wrażliwymi oczami obserwowaliśmy, jak wpajane nam przez naszych nauczycieli klasyczne pojęcie ojczyzny przybiera tu na razie kształt wyrzeczenia się osobowości w sposób tak upokarzający, jak nigdy nie można by tego żądać od najniższego rangą. Usługi, oddawanie honor, stanie na baczność, maszerowanie krokiem defiladowym, prezentowanie broni, zwroty w prawo i w lewo, stukanie obcasami, połajanki. No, inaczej wyobrażaliśmy sobie swoje zadanie i uważaliśmy, że jesteśmy przygotowywani do bohaterstwa, jak koniec cyrkowy. Ale szybko przyzwyczailiśmy się do tego. Pojęliśmy nawet, że część tych rzeczy jest konieczna, a inna zbędna. No, żołnierz ma nosa do takich spraw.
Po trzech lub czterech rozdzielono naszą klasę do różnych drużyn, razem z fryzyjskimi rybakami i chłopami, robotnikami, rzemieślnikami, z którymi szybkość my się zaprzyjaźnili. Kropp, Miller i ja trafiliśmy do 9. drużyny, którą dowodził podoficer Himmelsztos. Himmelsztos uchodził za największego rakarza na placu koszarowym i był z tego dumny. Niewysoki, przysadzisty facet, który miał za sobą 12 lat służby z lisim, podkręconym wąsikiem. No, w cywilu listonosz. Nakleopatiadyna Westfusaj mnie szczególnie zagiął. Parol, bo wyczuwał w nas cichy opór. Któregoś dnia 14 razy słałem jego łóżko, ciągle miał coś do wytknięcia i zrzucał pościel. Po 20 godzinach pracy, naturalnie z przerwami, natłuściłem parę starych, twardych jak kamień butów, doprowadzając skórę do takiej miękkości, że nawet Himmelsztos nie miał się do czego przyczepić. Na jego rozkaz wyszorowałem szczoteczką do zębów izbę naszej drużyny. Kropp, ja, wyposażenie w zmiotkę i szufelkę, zabraliśmy się do zleconego nam odśnieżania podwórza koszarowego i pewnie byśmy w końcu przy tym zamarzli na śmierć, gdyby nie pojawił się przypadkiem jakiś porucznik, który kazał nam się stamtąd wynosić. Ach, Himmelsztos strasznie zbeształ. Skutek był niestety tylko taki, że Himmelsztos to z tym bardziej się na nas zawziął. Ja przez cztery kolejne tygodnie miałem warte w każdą niedzielę i przez cały ten okres służbę na kompanii w pełnym rynsztunku z karabinem na świeżo zaoranym, mokrym polu ćwiczyłem "naprzód ma", dopóki nie zamieniłem się w grudę błota i nie mogłem się podnieść z ziemi. 4 godziny później prezentowałem Himmelsztosowi swój oczyszczony, bez zarzutu rynsztunek, tyle że otartymi do krwi ręką. Razem z Kroppem, Westhulcem i Diadenem ćwiczyłem bez rękawiczek na ostrym mrozie stanie na baczność z palcami na lufie karabinu, okrążany przez czyhającego na najmniejszy ruch Himmelsztosa, który miał ochotę stwierdzić niewykonanie rozkazu. Po drugiej w nocy 8 razy zbiegałem w samej koszuli na dziedziniec najwyższego piętra kosza, tylko dlatego, że moje gacie wystawały kilka centymetrów poza krawędź zydla, na którym każdy musiał układać w kostkę swoje rzeczy. Obok mnie biegł podoficer dyżurny i Himmelsztos i deptał mi po palcach nóg. Podczas fechtunku na bagnety zawsze musiałem walczyć schylać sztosem, przy czym ja miałem ciężką, żelazną obsadę, a on poręczny, drewniany karabin, dzięki czemu mógł wygodnie nabijać mi siniaki na ramionach. Jednak pewnego razu podczas tej szermierki tak się wściekłem, że zaatakowałem go na oślep i zadałem mu tak mocny cios w żołądek, że się przewrócił. No, kiedy chciał się poskarżyć dowódcy kompanii, ten wyśmiał go i powiedział, żeby się miał na baczności. Dobrze znał Himmelsztosa i wyglądało na to, że jest zadowolony z jego wpadki. Nauczyłem się świetnie wspinać na szafy. Mało kto potrafił mi też z czasem dorównać w przysiadach. Drżeliśmy na sam dźwięk jego głosu, ale nie daliśmy się udupić temu zdziczalemu koniowi pocztowym. Gdy w niedzielę obaj z Kroppem taszczyliśmy przez podwórze obok baraków wiadra z latryny na drążku i przechodzący akurat w pobliżu firmy od Sztos, czyściutki i wymuskany, gotów do wyjścia z obozu, stanął przed nami, zapytał, jak nam się podoba robota. Nie bacząc na konsekwencje, zamarkowaliśmy potknięcie i wylaliśmy mu na nogi zawartość jednego z wiadra. Miotał się strasznie, ale miarka się przebrała. "To się skończy dla was" - twierdzą wczesną grób. "Miał dosyć, ale najpierw będzie śledztwo, a wtedy my opowiemy wszystko, jak było." "Odparł." "Jak my rozmawiacie? Opowiedzieć wszystko panu podoficerze?" odrzekł Kropp, przykładając palce do szwów. Wtedy chirurg to zdał sobie w końcu sprawę, co się dzieje i zmył się bez słowa. Zanim zniknął nam z oczu, zaskrzyczał jeszcze: "Nie pójście!". To był jednak koniec jego władzy. Jeszcze raz spróbował nas przeczołgać. Po zaoranych polach wprawdzie wykonywaliśmy każdy rozkaz: "Padnij i powstań!", "Naprzód!", bo rozkaz toruńska trzeba go wykonać, ale robiliśmy to tak wolno, że Himmelsztosa ogarniała czarna rozpacz. Bez pośpiechu opuszczaliśmy się na kolana, potem podpieraliśmy się łokciami i tak dalej, a on wściekły wykrzykiwał: "Tymczasem następny rozkaz!". Zanim myśmy się spocili, on ochrypł. Potem zostawił nas w spokoju. Wprawdzie nadal nazywał nas łajdusami, ale przebijał w tym słowie szacunek. Było też wielu porządnych kaprali, ludzi całkiem rozsądnych. Porządnych było nawet większość, ale każdy chciał przede wszystkim zachować możliwe jak najdłużej dobre stanowisko w ojczyźnie. A to mógł osiągnąć tylko, jeśli ostro traktował rekrutów. Nie ominęła nas chyba żadna z możliwych szykan znanych na placu koszarowym. Płakaliśmy z wściekłości, niektórzy z nas rozchorowali się nawet z tego powodu, a Wolf zmarł na zapalenie płuc. Uważalibyśmy się jednak za niepoważny, gdybyśmy dali za wygraną. Wstaliśmy się twardzi. "Nie mów mi bezlitości, nim zdziwi brutalni i bardzo dobrze, gdyż brakowało nam właśnie tych cech. Gdyby posłano nas do okopów bez tego przeszkolenia, większość z nas pewnie by zwariowała, a tak byliśmy przygotowani na to, co nas czekało. Nie rozsypaliśmy się. Udało nam się dopasować. Pomógł nam młody wiek, 20 lat, który tak bardzo utrudniał inne sprawy. Najważniejsza jednak było to, że zbudziło się w nas silne, praktyczne poczucie wspólnoty, które potem w polu przybrało najszlachetniejszą formę tego, co przynosiła wojna: koleżeństwa.
Siedzę przy łóżku Kennerisa, który marnieje coraz bardziej. Wokół panuje okropny harmider. Przyjechał pociąg sanitarny i wybierani są ranni nadający się do transportu. Obok łóżka Kennerisa przechodzi lekarz. Nawet na niego nie spojrzał. "Następnym razem" - mówię. Podnosi się na łokciach. "Spośród poduszek. Amputowali mnie, a więc już wie." Kiwam głową i odpowiadam: "Ciesz się, że wywinąłeś się za nim kosztem." "Milczy." "Mogły być też obie nogi." "Francuskie stracił prawą rękę. To o wiele gorsze." "Ty przecież też pojedziesz do domu." Spogląda na mnie. "Sądzisz?" "Naturalnie, sądzisz." "Powtarza." "No pewnie, Franc. Musisz tylko najpierw dojść do siebie po operacji." Kiwa na mnie, żebym się przesunął. Pochylam się nad nim, a wtedy szepcze: "Nie wierzę. Ty nie gadaj bzdur, France. Za parę dni się przekonasz. Amputacja nogi to nic wielkiego. Latają tutaj o wiele poważniejsze rzeczy." Unosi rękę. "Popatrz na to, na te palce." "No, do operacji. Podjedź sobie porządnie, to na pewno. Nadrobisz, a karmią was tu przyzwoicie." Wskazuje pełną jeszcze do połowy miskę. Wpadam w rozdrażnienie. "France, musisz jeść. Jedzenie to podstawa. To przecież wygląda na całkiem dobre." Wykonuje odmowny gest, a po chwili mówi powoli: "Kiedyś chciałem zostać leśniczym." "No i nadal możesz nim zostać" - pocieszam go. "Teraz robią wspaniałe protezy. A kiedy masz taką, to nawet nie zauważysz, że czegoś ci brakuje." "Przyłącza się ją do mięśni." "Protezy dłoni są już tak wymyślne, że można ruszać palcami i pracować, bo on nawet pisać, a poza tym ciągle pojawiają się nowe wynalazki w tej dziedzinie." Przez jakiś czas leży cicho. W końcu mówi: "Możesz wziąć moje sznurowane buty dla Millera." Kiwam głową i zastanawiam się, co powiedzieć, żeby podnieść go na duchu. Walki ma jakby rozmazane, przez co usta wydają się większe, zęby wystają jakby były z kredy. Ciało się roztapia, czołowy sklep jakości, policzkowe wystają jeszcze mocniej, wyraźnie zarysowuje się szkielet, a oczy już się zapadają. Za parę godzin będzie po wszystkim. Nie jego pierwszego oglądam w takim momencie, ale my dorastaliśmy razem, to jednak zawsze coś innego. Odpisywałem od niego zadanie w szkole. Nosił przeważnie brązowy mundurek z paskiem, wyświechtany na łokcie. To on jako jedyny z nas potrafił wykonać kołowrót olbrzymi na drążku. Kiedy go robił, włosy spływały mu na twarz niczym jedwab. Dlatego Kantorek był z niego dumny. Ale papierosy mu nie służyły. Z racji zupełnie białej skóry miał w sobie coś z dziewczyn. Spoglądam na swoje buty. Są duże i niezgrabne. Nogawki spodni wpuszczone do środka. Kiedy człowiek wstaje, wygląda w tych szerokich rurkach na grubego i mocno zbudowanego. Kiedy jednak idziemy się wykąpać i się rozbieramy, nagle znowu mamy szczupłe nogi i szczupłe ramiona. Wtedy nie jesteśmy już żołnierzami, tylko prawie chłopcami. Nie uwierzono by też, że potrafimy taszczyć żołnierskie tornistry. Dziwny to widok, kiedy jesteśmy nadzy. Jesteśmy wtedy cywilami. Zresztą prawie się nimi czujemy. Franczkę wydawał się podczas kąpieli mały, szczupły jak dziecko, a teraz tu leży. Tylko dlaczego należałoby przeprowadzić obok tego łóżka cały świat i powiedzieć: "To jest Frank, lat 19,5. Nie chcę umierać! Nie pozwólcie mu umrzeć!". Dziękujemy za wysłuchanie fragmentu audiobooka. Cała książka do nabycia w publio.pl.