📱

Get Our Mobile App

Take your business learning on the go!

Download on the App StoreGet it on Google Play

CHAT CONTROL - JEST GORZEJ NIŻ MYŚLISZ (KSIĄŻULO, VOJTAZ, MAMED KHALIDOV, KUBAŃCZYK)

Gimper20:35

Transcription

Unia Europejska będzie skanować nasze prywatne wiadomości. Kubańczyk przeprowadził śledztwo w sprawie influencerów, którzy wystąpili na streamie łatwo genga, a Minecraftowy youtuber Wojtas otrzymał zarzuty w związku z prezentowaniem małoletnim treści pornograficznych. I to nie wszystko, o czym dzisiaj porozmawiamy, bo jak zwykle dzieje się bardzo dużo, ale nic się drogi widzu, nie martw. Jestem Gimper i będę twoim przewodnikiem po komentarzach. Jak wam się podobały głosóweczki pod ostatnim odcinkiem? Z tego co widziałem, to bardzo. Mi też bardzo miło, że tak się zaangażowaliście, podyskutowaliśmy sobie. Bardzo się cieszę, że odkryłem te funkcje, no bo tutaj jednak w tym kontencie newsowym jestem trochę związany formułą i nie mamy aż tyle przestrzeni, żeby sobie luźno pogadać. A głosówki w komentarzach i ta dyskusja, co się działo ostatnio, bardzo dużo fajnego vibu dała, także na pewno będę to robił regularnie. Postaram się i dzisiaj przy publikacji być aktywnym. Natomiast dużo zależy od tego, o której się uda opublikować odcinek, bo dziś o godzinie 20:00 gram dla was koncert w Katowicach w klubie P23. Zatem, jeżeli tak się składa, że mieszkacie na Śląsku i macie jeszcze trochę czasu, to zapraszam serdecznie, bo troszeczkę biletów jeszcze jest, a zabawa jak zwykle zapowiada się szampańsko.

"100 lat to za mało, 100 lat to za mało, co by się stało."

A zacznijmy od tego, że Unia Europejska znowu wraca do pomysłu, który od lat budzi ogromne emocje. Chodzi o tak zwany "chat control", w skrócie o możliwość skanowania prywatnych wiadomości wysyłanych przez użytkowników. Oficjalnie oczywiście po to, żeby skuteczniej wykrywać materiały związane z wykorzystywaniem dzieci. A nieoficjalnie?

"Nie wiem, choć się domyślam."

I na pierwszy rzut oka oczywiście może to wyglądać bardzo rozsądnie. Nikt normalny nie będzie przecież bronił przestępców seksualnych. Problem natomiast moim zdaniem leży zupełnie gdzieś indziej. Z tego rodzaju przepisami jest tak, że jeżeli choć raz zgodzimy się na to, żeby prywatne wiadomości mogły być analizowane w jakimkolwiek celu, to skąd mamy pewność, że za kilka lat ktoś nie uzna, że nie warto robić tego również w innych sprawach? Walka z terroryzmem, dezinformacją czy mową nienawiści. Historia pokazuje, że państwa bardzo rzadko rezygnują z narzędzi, które raz dostały już do ręki.

No dobrze, ale jak ten "chat control" w ogóle miałby działać? No bo to nie oznacza oczywiście, że urzędnik z Brukseli będzie siedział i czytał wasze wszystkie rozmowy na komunikatorze. W Unii Europejskiej chodzi o stworzenie podstaw prawnych, które pozwalają platformom wykorzystywać technologię do automatycznego wykrywania określonych przez ustawodawcę treści. Krytycy pomysłu natomiast dość słusznie odpowiadają, że z punktu widzenia naruszenia prywatności efekt jest bardzo podobny do tego, jak gdyby jakiś urzędnik po prostu te wiadomości przeglądał. Fakt jest taki, że w momencie wprowadzenia "Chat Control" to, co piszemy na Messengerze do bliskich, przestaje być tylko i wyłącznie naszą sprawą.

Myślę, że dla wielu osób warte uwagi jest też to, w jaki sposób w tym temacie zagłosowali polscy posłowie. No i wedle dostępnych wyników, zdecydowana większość polskich europosłów z KO, lewicy i PSL, a także spora część przedstawicieli PiS-u poparła to rozwiązanie. Przeciwko wprowadzeniu go zagłosowali europosłowie Konfederacji, jedna osoba z Polski 2050 oraz mniejsza część europosłów PiS-u. No i tutaj moim zdaniem pojawia się sporo pytań, które warto byłoby tym politykom po prostu zadać. Dlaczego uznali, że to jest w ogóle właściwy kierunek? Jakie konkretne zabezpieczenia mają nam gwarantować, że podobne rozwiązania nigdy nie zostaną wykorzystane szerzej, a dokładniej rzecz ujmując, przeciwko obywatelom? Co z prawem do prywatności zwykłych obywateli, którzy nie popełnili żadnego przestępstwa? No bo przecież algorytmy mają skanować wszystko, co piszemy.

No i mam też pytanie do was, jeżeli uważacie, że "Chat Control" jest dobrym pomysłem. Czy gdyby podobne przepisy chciał wprowadzić rząd, którego nie popieracie, to czy również uznalibyście je za dobry pomysł? Bo według mnie, niezależnie od tego, czy głosuje za tym lewica, prawica czy centrum, pytanie pozostaje dokładnie takie samo: ile prywatności jesteśmy gotowi oddać w zamian za obietnicę większego bezpieczeństwa?

"Cóż szkodzi obiecać?"

I uważam, że jest to bardzo ważne, by o wprowadzeniu tego prawa rozmawiać, bo jest to dyskusja, która dotyczy absolutnie każdego z nas. Bo prawda jest taka, że kiedy raz zgodzimy się na to, że ktoś może zajrzeć do naszych wiadomości w wyjątkowych okolicznościach, to granica tego, co określamy jako "wyjątkowy przypadek", z czasem bardzo łatwo może zacząć się przesuwać. Dzisiaj być może rzeczywiście rządzącym chodzi o ochronę dzieci. Jutro może chodzić już o coś zupełnie innego. Na przykład, jak się jest osobą publiczną, to czasami w naszej pracy chodzi o to, żeby wiedzieć, kiedy zamknąć mordę. I o tym sobie teraz porozmawiamy.

Jak zapewne wiecie, najbardziej znany krytyk kulinarny w Polsce po niezbyt udanym pobycie w hotelu Gołębiewskim doczekał się kolejnego, po Wardędze i Wojewódzkim, fana swojej wesołej twórczości. Do dyskusji niespodziewanie postanowił dołączyć Tomasz Hajto i trzeba przyznać, że nieźle dodał gazu, bo zamiast merytorycznej polemiki z argumentami, dostaliśmy kilka minut pomówień, abstrakcji i wycieczek osobistych, i to takich w stylu Tomka Hajto, który wsiada za kółko bez hamulców. Były reprezentant Polski opublikował nagranie, które dość szybko zniknęło z jego profilu. Pewnie dlatego, że wytrzeźwiał i je obejrzał.

"Jakieś nobody, księżulo, fachowiec, znawca po studiach, szkole kulinarnej. Wygrał też HS Kitchen."

Hajto zamiast odnieść się do sytuacji, bardzo mocno dał się ponieść emocjom i chyba sentymentom do nieżyjącego już założyciela sieci hoteli Gołębiewski. Podczas nagrania Tomek Hajto nazwał "książula" gówniarzem i "Mister Nobody". Ponadto stwierdził, że "książul" nie ma żadnych kompetencji, żeby oceniać hotele czy gastronomię. Wytykał youtuberowi, że nie skończył żadnej szkoły kulinarnej, nie wygrał Hell's Kitchen i nie ma na pewno doświadczenia, które dawałoby mu prawo do wystawiania takich opinii. Pytanie, jakie ma Tomek Hajto kompetencje, żeby oceniać w ten sposób "książula"? Hajto w swojej wypowiedzi wielokrotnie podkreślał również, że znał świętej pamięci Tadeusza Gołębiewskiego. Mówił o nim jako człowieku z klasą, który podczas pandemii nie zwalniał pracowników i przez lata budował markę swoich hoteli.

"Najgorsze w tym wszystkim jest, że taki gówniarz nie pomyślał o tym, że to wszystko budował świętej pamięci pan Gołębiewski, który już nie żyje, który podczas COVID-u utrzymał wszystkich pracowników, nikogo nie zwolnił, który daje pracę wielu tysiącom osób. To taki gostek pojechał i sobie stwierdził, że ten cały jego bagaż pracy, jaki włożył w to, żeby wybudować tak potężny hotel, on sobie po prostu skrytykuje i jeszcze powie, że mu zrobili zakaz."

W jego ocenie krytykowanie takiego dorobku tylko dlatego, że w pokoju nie działała klimatyzacja, było zwyczajnie nie na miejscu. Natomiast, no ja rozumiem, że Gołębiewski mógł być super facetem i za jego kadencji do tego rodzaju sytuacji by nie doszło, ale teraz wygląda to inaczej i myślę, że każdy klient tego hotelu miał prawo wygłosić taką opinię i to niezależnie od dorobku pana Gołębiewskiego i jakim wspaniałym był człowiekiem.

Co natomiast ciekawe, to z ust Hajty padły również sugestie, że część recenzji "książula" może być opłacana. Hajto stwierdził, że był w lokalach polecanych przez influencera i jego zdaniem nie zasługują one na tak dobre opinie.

"Byłem też w paru lokalach, które polecasz i okazuje się, że te świetne kebaby wcale tam nie są, bo ty trochę mamony dostałeś za tą dobrą reklamę."

No i na tej podstawie zasugerował, że za pozytywnymi recenzjami mogą stać pieniądze. No, trzeba przyznać, żelazny argument. Natomiast bardziej na serio, ta sytuacja pokazuje, że OG celebryci ze starych mediów dalej kompletnie nie rozumieją, jak działa internet i dzisiejszy świat, bo jeżeli publicznie sugerujesz, że ktoś sprzedaje swoje recenzje, to już nie jest złośliwa opinia ani internetowa szpilka. To jest bardzo konkretny i poważny zarzut. A z takimi rzeczami nie wolno wychodzić do ludzi bez choćby jednego dowodu. To już nie te czasy, że wystarczy znana twarz, głośne nazwisko czy przekonanie o własnym autorytecie. Jak rzucasz w czyimś kierunku takie oskarżenia, to mam jedno pytanie.

"Parlamencie Europejskim."

"Jedna z najważniejszych spraw w Parlamencie Europejskim."

"Książul" w swoim stylu odniósł się do całej sprawy. Na Instagramie, podczas Q&A, dostał pytanie, czy widział nagranie Hajty i odparł krótko, że dopiero dzięki temu filmowi dowiedział się, kim w ogóle jest Tomasz Hajto i przy okazji wspomniał, że widzi w nim jedynie zwykłego pomawiacza szukającego atencji i że Tomek Hajto jest chrząstką w kebabie.

Do całej afery odniosła się także Karolina Korwin Piotrowska. A w komentarzu opublikowanym dla Pudelka napisała, że historia konfliktu "książula" z hotelem Gołębiewskim powinna kiedyś trafić do podręczników od komunikacji kryzysowej jako przykład tego, jak nie prowadzić takiej sprawy. Przy okazji mocno skrytykowała również Tomasza Hajtę. Podkreśliła to, o czym już mówiłem, że bez przedstawiania jakichkolwiek dowodów Hajto zarzucił "książulowi" kupowanie recenzji i zamiast dyskutować z materiałem, próbował uderzyć w samego autora. I po co to było, panie Hajto? Zamiast obronić hotel Gołębiewski, jedynie jeszcze bardziej ludzi negatywnie nastawiłeś. Nie tylko do tego hotelu, ale i do siebie. Tomku, "książul" to nie starsza pani na pasach. Tak łatwo się po nim nie przejedziesz. Chociaż nie, przejechał się na tym, że go ten. Dobra, może być.

Natomiast Kubańczyk zdecydował się przejechać po osobach, które wsparły zbiórkę organizowaną przez Łatwo Genga i Bedosa. Raper opublikował na swoim Instagramie krótkie nagranie poświęcone influencerom obecnym na streamie. Kubańczyk w swojej krótkiej wrzutce stwierdził, że według niego wielu twórców potraktowało tę akcję charytatywną bardziej jako okazję do wybielenia swojego PR-u czy zebrania dodatkowej atencji, niż realnej pomocy dla dzieci z fundacji Cancer Fighters.

Warto przypomnieć, że chodzi o akcję z kwietnia, kiedy to Watfo Gang zorganizował dziewięciodniowy stream charytatywny na rzecz fundacji Cancer Fighters. Wszystko zaczęło się od prostego wyzwania związanego z utworem BDOSA i 11-letniej podopiecznej fundacji, a całość rozwinęła się tak mocno, że zakończyła się zebraniem kwoty ponad ćwierć miliarda złotych na pomoc dzieciom, które walczą z nowotworami. Przez mieszkanie Łatwofenga przewinęła się wtedy chyba połowa polskiego internetu i showbiznesu. Influencerzy, muzycy, sportowcy i celebryci. Jedni zachęcali do wpłat, a inni golili głowy w geście solidarności z pacjentami onkologicznymi. Naprawdę dużo się tam działo. Wardęga podał rękę Wersow, Peja i Ted się pogodzili, Lewandowski zatańczył do viralowego trendu, a Małgorzata Korzuchowska z impetem wjechała w kartony. Przez kilka dni cały internet żył właściwie tylko jedną akcją, a ja wtedy na streamie też udowodniłem, że przeszczep może się nie przyjąć i to dwa razy z rzędu.

Kubańczyk natomiast stwierdził, że zweryfikuje intencje osób, które się tam u Łatwo Genga pojawiły. No i żeby tego dokonać, zlecił jednemu ze swoich pracowników obserwowanie profili około 300 influencerów, którzy przewinęli się przez stream. Ten pracownik dostał bardzo konkretne zadanie. Przez kolejne tygodnie miał sprawdzać, czy ci twórcy, którzy pojawili się u Łatwo Genga, na przestrzeni następnych tygodni udostępnili później jakiekolwiek inne zbiórki, bądź czy zaangażowali się w podobne akcje.

"Takiego zaangażowania Polska nigdy nie widziała. Tylko wiecie co? Codziennie mój pracownik śledził te wszystkie konta, które tam się pojawiły, te konta osób, które tam się pojawiły."

Kurczę, szczerze Kuba, poznaliśmy się na planie "Sabotażysty". Jeżeli masz pracownika, który ma czas przez kilka tygodni siedzieć i analizować Instagramy 300 influencerów, to według mnie naprawdę dużo lepiej wykorzystałbyś jego czas, jakbyś go wysłał do jakiejś fundacji, żeby pomógł przy papierach albo odebrał kilka telefonów od rodziców dzieci potrzebujących pomocy. Naprawdę uważam, że byłby wtedy z tego większy pożytek. Natomiast ten konkretny etat został wykorzystany w inny sposób.

No i Kuba zdecydował się podzielić rezultatami wykonanego śledztwa. No i zdaniem pracownika, ponad 90% osób zaangażowanych w charytatywny stream Watfo Genga ani razu, nigdy więcej nie wspomniało o żadnej zbiórce, nie udostępniło żadnego linku, nic.

"W związku z tym Kubańczyk nazwał osoby, które tam wystąpiły, atencyjnymi hipokrytami i stwierdził, że według niego wykorzystali chore dzieci wyłącznie do promocji własnych profili. Jesteście fatalni." Dodał też, że nie chce robić burzy w internecie, ale jest w posiadaniu nagrań i materiałów, które kiedyś mogą pogrążyć sporą część polskiego internetu.

No i pod tym nagraniem Kubańczyka bardzo szybko zaczęły pojawiać się komentarze także od influencerów, artystów czy celebrytów. Na przykład Ma Fashion zwróciła uwagę, że pomoc nie zawsze wygląda tak samo. Przypomniała, że sama pomaga zarówno publicznie, jak i całkowicie po cichu. Dodała też, że wrzucanie wszystkich do jednego worka jest zwyczajnie niesprawiedliwe. Podobnego zdania zresztą był Wojtek Gola. Napisał, że sam od lat pomaga dzieciom na oddziałach onkologicznych i zgadza się z tym, że część osób mogła potraktować akcję wizerunkowo. Natomiast jednocześnie podkreślił, że gdyby nie wszyscy twórcy razem, prawdopodobnie nie udałoby się zebrać aż tak ogromnej kwoty.

Inną perspektywą podzieliła się Kamiszka, partnerka Artura Szpilki. Ta z kolei wyjaśniła, że świadomie i celowo nie udostępnia indywidualnych zbiórek, bo codziennie dostaje ich na DM kilkadziesiąt. Ponoć kiedyś zrobiła wyjątek i chwilę później dostała wiadomość od innej mamy z pytaniem, dlaczego tamto dziecko było ważniejsze od jej własnego. No i od tamtej pory na tyle emocjonalnie to przeżyła, że pomaga inaczej, często poza internetem.

No i myślę, że po przeczytaniu tych komentarzy widzimy już mniej więcej, gdzie leży cały problem z tym, co zrobił Kubańczyk, choć uważam, że ma trochę racji. Oczywiście na pewno znalazły się osoby, które potraktowały obecność na streamie Łatwo Genga jako świetną okazję do ocieplenia własnego wizerunku. Internet w taki sposób działa od lat i trzeba być skrajnie naiwnym, żeby wierzyć, że wszyscy tam obecni kierowali się wyłącznie dobrym sercem. Natomiast moim zdaniem, nawet jeżeli część z tych osób przyszła tam tylko dla PR-u, to ważne jest to, że i tak pomogli. Prawie każda z osób tam obecnych ma jakąś własną społeczność. Jedni 100 000 obserwujących, inni pół miliona, jeszcze inni po kilka milionów. I prawda jest taka, że niezależnie od ich intencji, to każda relacja, każde zdjęcie i każde oznaczenie streama sprawiało, że o akcji dowiadywały się kolejne i kolejne osoby. A przy tego rodzaju zbiórkach charytatywnych właśnie zasięg jest często walutą cenniejszą niż cokolwiek innego.

Ponadto uważam, że nie mamy prawa rozliczać ludzi z tego, co zrobili później. Jeżeli ktoś przyszedł na streama, wsparł akcję i dzięki jego obecności udało się dotrzeć do kolejnych tysięcy osób, to naprawdę nie jestem przekonany, czy naszym zadaniem jest sprawdzanie, ile jeszcze zbiórek udostępniła taka osoba miesiąc później. Tym bardziej, że naprawdę sporo osób pomaga totalnie poza kamerami. Do mnie też bardzo często różne osoby piszą z prośbą o pomoc i szczerze, często jak widzę zbiórkę, do której zakończenia brakuje 5 czy 10 000 zł, to nawet tego nie udostępniam, tylko po prostu wpłacam te pieniądze i tyle. Naprawdę nie wszystko trzeba wrzucać na Instagrama, YouTube'a czy gdzie tam jeszcze jest miejsce, żeby pokazywać wszystkim, że robi się coś dobrego. A powiem nawet więcej. Uważam, że jeżeli zaczęlibyśmy publicznie piętnować każdego, kto pojawi się na takiej akcji z niewłaściwych powodów, to tworząc taką atmosferę, możemy doprowadzić do sytuacji, że następnym razem część osób po prostu nie przyjdzie, bo być może pomyślą sobie, że po co się narażać, skoro i tak zaraz ktoś im zarzuci, że robią to pod zasięgi. A konsekwencje najbardziej odczują ci na końcu tego łańcucha pomagania. Fundacje i dzieci, dla których każda para dodatkowych oczu skierowana na ich problem oznacza większą szansę na kolejne wpłaty i realną pomoc.

Dlatego mam wrażenie, że pomimo dobrych intencji, Kubańczyk chciał powiedzieć coś zupełnie innego niż ostatecznie wybrzmiało. Rozumiem frustrację związaną z hipokryzją części środowiska i na pewno było tak, że jakieś osoby pojawiły się tam głównie po to, żeby budować własny wizerunek. Tylko, że nagrywając taką wypowiedź, w której wrzuca się kilkaset osób do jednego worka, bardzo łatwo skrzywdzić również tych, którzy naprawdę pomagają od lat. A swoje intencje niech każdy oceni patrząc w lustro. Jedni i tak powiedzą, że ktoś przyszedł z dobrego serca, drudzy mu zarzucą, że dla wyświetleń, a prawdy często nie poznamy nigdy. Natomiast, gdy zbiera się ćwierć miliarda złotych, to każdy dodatkowy zasięg ma znaczenie i czasami nawet człowiek, który przyszedł tam z niewłaściwych powodów, mógł zrobić coś naprawdę dobrego. I to chyba jedyna taka sytuacja, w której efekt końcowy jest ważniejszy niż motywacja.

Przypominam też, że partnerem kanału jest XTB, czyli miejsce, w którym pracują twoje pieniądze, a z kodem Gimper uzyskacie dostęp do materiałów edukacyjnych. Natomiast my lecimy dalej, a my ruszamy dalej z newsami, bo właśnie jeden z pobocznych wątków z czasów Pandora Gate, który w swoim filmie opublikował Konopski, doczekał się kolejnego rozdziału. Po blisko trzech latach od pierwszych publikacji, Prokuratura Okręgowa w Lublinie skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko Wojciechowi K., znanemu w internecie jako Wojtas. Śledczy zarzucają mu, że w 2014 roku, mając ponad 20 lat, prezentował 13-letniej dziewczynce treści pornograficzne za pośrednictwem komunikatorów internetowych. Według ustaleń prokuratury, Wojtas miał wysyłać jej zdjęcia swoich narządów płciowych oraz materiały przedstawiające wykonywane przez siebie czynności seksualne. Dziewczynka miała poznać go podczas wspólnych nagrań z Minecrafta, a później kontakt przeniósł się do wiadomości prywatnych. Służby podkreślają, że Wojciech K. miał pełną świadomość wieku pokrzywdzonej. Dziewczynka chodziła wtedy do szkoły podstawowej, a na używanym komunikatorze widniała informacja o jej wieku. Według ustaleń śledczych, kontakt miał trwać od lipca do listopada 2014 roku, a pokrzywdzona zeznała także, że wydarzenia sprzed lat odbiły się na jej zdrowiu psychicznym i wymagały późniejszej pomocy.

Natomiast sam Wojtas nie przyznał się do zarzutów i odmówił składania wyjaśnień. Co istotne, biegli uznali go za poczytalnego, w związku z tym teraz o jego odpowiedzialności zadecyduje sąd. Za popełniony czyn grozi mu do trzech lat pozbawienia wolności. Natomiast dla wielu osób śledzących polski internet, ta historia nie jest jednak żadnym zaskoczeniem, bowiem pierwsze poważne oskarżenia wobec Wojtaza pojawiły się już sporo wcześniej, kiedy to youtuber Simeon opublikował rozmowę z Alicją, która opowiedziała o swojej relacji z youtuberem. Twierdziła, że miała wtedy 14 lat, a Wojtas był już dorosłym twórcą. Opisywała ona, jak z pozornie zwykłych rozmów doszli do momentu, w którym otrzymywała od Wojtaza niechciane zdjęcia intymne.

Przez blisko trzy lata ta sprawa funkcjonowała przede wszystkim w internecie. Były filmy Konopa i Wardęgi, streamy, relacje, komentarze twórców i niekończące się dyskusje. A dzisiaj, przynajmniej w wątku Wojtaza, kończy się etap internetowych oskarżeń, a zaczyna ten właściwy, w którym najważniejsze będą dowody zgromadzone przez śledczych i ocena sądu. I od tego momentu już nie YouTube ani media społecznościowe będą rozstrzygały tę sprawę. Teraz decydujący głos będzie należał do sądu. I to dobrze, że w tej sprawie coś zaczęło się ruszać, ale w tym miejscu warto też zapytać, co się dzieje z główną postacią z Pandora Gate, czyli ze Stewem. Dalej nie mamy żadnych informacji na temat ekstradycji i nadal, z tego co wiemy, żyje sobie w Wielkiej Brytanii i ma się chyba całkiem dobrze. Natomiast, kto wie, być może informacja o postawieniu zarzutów Wojtazowi jest jakąś zapowiedzią intensyfikacji działań prokuratury i jeżeli w tej sprawie pojawią się kolejne aktualizacje, to na pewno dam wam znać. Dlatego subskrybujcie kanał, żeby nie przegapić i być na bieżąco.

Przed oskarżeniami w sądzie musiał bronić się też Mamed Chalidow i właśnie usłyszał wyrok. Jeden z najlepszych zawodników w historii polskiego MMA został nieprawomocnie, podkreślam, skazany na półtora roku więzienia oraz 280 000 zł grzywny. Chodzi tutaj o sprawę, która ciągnie się za Mamdem od kilku lat i dotyczy między innymi paserstwa luksusowych samochodów. Co jednak istotne, nie jest on jedynym oskarżonym w tej sprawie, bowiem na ławie razem z nim zasiadło łącznie 17 osób, a całe śledztwo dotyczyło zorganizowanej grupy, która według prokuratury miała zajmować się między innymi obrotem kradzionymi samochodami oraz innymi przestępstwami gospodarczymi.

Według wyroku sądu, Mamed ma odpowiadać między innymi za paserstwo luksusowych aut z lat 2017. Mowa tu o samochodach takich jak BMW M6 GT, Porsche Panamera czy BMW 750. Sąd uznał również, że Mamed miał kierować działaniami zmierzającymi do podpalenia dwóch samochodów w Rybniku oraz odpowiada za naruszenie nietykalności funkcjonariusza policji podczas interwencji w 2018 roku. No i właśnie za te czyny sąd wymierzył karę łączną roku i sześciu miesięcy więzienia oraz 280 000 zł grzywny. No i dodatkowo oczywiście zasądzono obowiązek naprawienia części szkód.

Wyrok jest nieprawomocny i Mamedowi przysługuje od niego odwołanie, z którego oczywiście zapowiedział, że skorzysta, przy okazji praktycznie od razu zabierając głos. Zawodnik MMA najpierw opublikował dłuższy wpis skierowany do swoich kibiców. Napisał, że od ponad 20 lat towarzyszą mu zarówno w zwycięstwach, jak i przy porażkach. I chciał, żeby wiedzieli jedno, że jego zdaniem nie wydarzyło się nic, co odebrałoby mu wartości, którymi kieruje się w życiu. Mamed dodał również, że wierzy, iż prawda obroni się sama. Chalidow oczywiście podkreślił, że wyrok nie jest prawomocny, nie zgadza się z nim i jak już wspomniałem, że złoży apelację. Napisał również, że od początku w tej sprawie konsekwentnie przedstawiał swoje stanowisko. Nadal czuje się niewinny i wierzy, że w drugiej instancji cała sprawa zostanie ponownie oraz rzetelnie oceniona.

No i właśnie Mamet został skazany, ale wyrok nie jest prawomocny i teraz wszystko zależy od tego, co podejmie sąd drugiej instancji i tak naprawdę dopiero tam okaże się, czy dzisiejsze rozstrzygnięcie zostanie utrzymane, czy całkowicie zmienione. A jak wiemy, po mojej sprawie z Lil Masti, druga instancja potrafi sporo namieszać. "Wszystkie sprawy mam wygrane."

Głos w temacie zabrał również współwłaściciel KSW, czyli Martin Lewandowski i przypomniał, że zawodnik korzysta z zasady domniemania niewinności. Zapowiedział apelację i na ten moment nic nie wskazuje na to, żeby KSW zamierzało rezygnować z jego kolejnej walki. Jeżeli pojawią się w tej sprawie nowe informacje albo zapadną kolejne decyzje sądu, to oczywiście na pewno dam wam znać tutaj na kanale.

Tymczasem pozdrawiam serdecznie Katowice, no bo przypominam, kiedy to oglądacie, właśnie tam jestem i zaraz zaczynamy kolejny koncert na naprawdę ostatniej trasie Gimpsona. Jak jeszcze zdążycie się załapać, to wpadajcie. Na miejscu też można kupować bilety, a jak się nie załapaliście, a jesteście ze Śląska, nic nie szkodzi, za dwa tygodnie widzimy się we Wrocławiu. Zapraszam serdecznie. No i pamiętajcie, że odpowiadam głosowo na wasze komentarze, więc śmiało piszcie, co myślicie. Chętnie podyskutuję. Póki co dziękuję bardzo serdecznie za uwagę i trzymajcie się cieplutko.