Transcription
Oddział Banku w Centrum Krakowa. Wtorek, 11:00 rano. Przy okienku stoi mężczyzna po 40 i podpisuje dyspozycję nadpłaty kredytu hipotecznego. 20 000 zł. Wszystko, co udało się odłożyć przez ostatnie 2 lata. Podpisuje i czuje coś, czego nie czuł od dawna. Ulgę. Prawie fizyczną. Jakby ktoś zdjął mu z pleców plecak pełen kamieni. Wychodzi z banku lżejszy, dzwoni do żony i mówi, że zostało im już tylko 18 lat spłaty zamiast 21.
W tym samym mieście, może 10 minut piechotą dalej, siedzi w swoim biurze człowiek, który ma na koncie firmowym i prywatnym razem ponad 2 miliony złotych. Jego kredyt hipoteczny na apartament wynosi jeszcze 800 000. Mógłby go spłacić dzisiaj przed obiadem jednym przelewem i nie robi tego. Co więcej, jego doradca finansowy dokładnie wie, że on tego nie zrobi, bo rozmawiali o tym raz 5 lat temu przez 7 minut i temat został zamknięty. Jeden z tych ludzi śpi spokojniej, drugi wychodzi na tym lepiej finansowo. I cała dzisiejsza historia polega na tym, że to nie musi być ten sam człowiek.
Zanim pójdziemy dalej, jedna rzecz, którą jestem wam winien. Pod poprzednimi filmami część z was słusznie wytknęła mi, że przykłady liczbowe były zbyt uproszczone. Przeczytałem każdy z tych komentarzy i macie rację. Dlatego dzisiaj liczymy wszystko na czysto po obu stronach równania z założeniami wyłożonymi na stół. Jeśli znajdziecie błąd, piszcie, poprawię. Tak ma działać ten kanał.
Zacznijmy od rzeczy, która zaskoczy tych, którzy oczekują, że powiem, że nadpłacanie kredytu to głupota. Nie powiem tego, bo to nieprawda. Nadpłata kredytu to jedna z niewielu rzeczy w finansach, która daje zwrot gwarantowany. Jeśli twój kredyt hipoteczny ma oprocentowanie w okolicach 6,5%, co przy obecnych stopach Narodowego Banku Polskiego jest realistyczne, dla wielu umów opartych o WIBOR plus marża, to każda złotówka nadpłaty pracuje dla ciebie dokładnie na 6,5% bez ryzyka. Bez podatku Belki, bo zaoszczędzone odsetki to nie jest przychód, którego fiskus może tknąć, bez zależności od giełdy, od nastrojów, od tego, co zrobi Ameryka albo Chiny. Gwarantowane 6,5%, których nie da ci żadna lokata w polskim banku, bo od zysku z lokaty zapłacisz jeszcze 19% podatku.
Polczmy to, żeby nie było, że rzucam hasłami. Loka albo obligacje skarbowe dające powiedzmy 6% brutto rocznie. Po odjęciu podatku Belki zostawiają ci w kieszeni jakieś 4,86%. Nadpłata kredytu oprocentowanego na 6,5% daje ci efektywnie 6,5%, bo podatku nie ma. 4,86 kontra 6,5. W tym zestawieniu nadpłata wygrywa i to nie jest mała różnica. Więc jeśli ktoś z was nadpłaca kredyt, zamiast trzymać pieniądze na lokacie, robi dobrze i niech ten film niczego w tym nie zmienia.
No to gdzie jest haczyk? Dlaczego człowiek z dwoma milionami na koncie, który doskonale zna tę matematykę lepiej niż ja i ty razem wzięci, nie spłaca swojego kredytu? Chociaż mógłby to zrobić przed obiadem, bo on porównuje nadpłatę nie z lokatą, tylko z czymś zupełnie innym. I tu zaczyna się prawdziwa lekcja, której nie usłyszysz w oddziale banku, bo bankowi jest wszystko jedno, a doradca w okienku ma sprzedać ci konto, a nie strategię.
Człowiek zamożny patrzy na te 800 000 niespłaconego kredytu i widzi trzy rzeczy na raz, których człowiek nadpłacający ostatnie oszczędności nie widzi wcale.
Rzecz pierwsza, płynność. Pieniądz, który nadpłaciłeś, znika. Nie w sensie, że go straciłeś, tylko w sensie, że przestał być dostępny. Zamienił się w niższe saldo kredytu i jedyny sposób, żeby go odzyskać, to pójść do banku i poprosić o nowy kredyt na nowych warunkach z nową zdolnością kredytową, którą bank policzy ci od zera, patrząc na twoje aktualne dochody, twój wiek i swoją aktualną ochotę na ryzyko. Nasz człowiek z okienka w Krakowie nadpłacił 20 000 i został z poduszką finansową na jakieś trzy tygodnie życia. Jeśli jutro straci pracę, jeśli dziecko będzie potrzebowało leczenia, jeśli samochód odmówi posłuszeństwa w drodze do tej pracy, którą właśnie stracił, to te 20 000, które siedzą teraz w murach jego mieszkania, nie pomoże mu w niczym. Bank nie odda mu nadpłaty, bo mu się pogorszyło. Bogaty człowiek trzyma płynność, bo wie, że gotówka w kryzysie jest warta więcej niż jej nominał. To jest tlen. A kredytu nie spłaca się tlenem.
Rzecz druga. Inflacja pracuje po jego stronie. To brzmi dziwnie, bo całe życie słyszymy, że inflacja to złodziej. I to prawda. Inflacja okrada każdego, kto trzyma gotówkę. Ale ten sam złodziej okrada też twój dług. Rata kredytu zaciągniętego 10 lat temu, która wtedy bolała jak połowa pensji, dzisiaj przy pensji, która nominalnie urosła razem z inflacją, boli może jak 1/4. Kwota zadłużenia stoi w miejscu albo maleje, a wszystko wokół niej: ceny, pensje, wartość mieszkania rośnie. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego przeciętne wynagrodzenie w Polsce przez ostatnią dekadę mniej więcej się podwoiło w ujęciu nominalnym. Ktoś, kto wziął kredyt 10 lat temu i go nie nadpłacał, spłaca dzisiaj te same złotówki, które są realnie warte znacznie mniej niż w dniu podpisania umowy. Dług w czasach inflacji to jedyna rzecz w twoim portfelu, która tanieje sama z siebie. Bogaci to rozumieją i dlatego nie spieszą się z oddawaniem bankowi pieniędzy, które z każdym rokiem znaczą mniej.
Rzecz trzecia, najważniejsza i najtrudniejsza. Koszt alternatywny. Człowiek z dwoma milionami nie porównuje swojego kredytu na 6,5% z lokatą na 4,86 netto. Porównuje go z tym, co te 800 000 robi tam, gdzie aktualnie pracuje: w jego firmie, gdzie każda zainwestowana złotówka generuje mu powiedzmy kilkanaście procent rocznie; w portfelu akcji, który w długim terminie, patrząc na historyczne stopy zwrotu z szerokich indeksów, dawał średnio 8 do 10% nominalnie rocznie, choć z latami spadków po drodze, o których zaraz powiemy uczciwie; w nieruchomości na wynajem, która płaci mu czynsz i jeszcze rośnie na wartości. Jego rachunek wygląda tak: kredyt kosztuje mnie 6,5%. Moje pieniądze zarabiają gdzie indziej wyraźnie więcej, więc każda złotówka nadpłaty to złotówka zabrana z miejsca, gdzie pracuje ciężko i wysłana do miejsca, gdzie pracuje słabiej. Dla niego nadpłata to nie jest spłacanie długu. To jest inwestycja o niskiej stopie zwrotu.
I teraz uwaga, bo tu jest moment, w którym muszę być z wami brutalnie szczery. Inaczej ten film byłby taką samą bajką jak te, które krytykujecie w komentarzach. Ten rachunek działa u niego, bo on ma dostęp do stóp zwrotu, które są realne w jego sytuacji i ma zasoby, żeby przetrwać rok albo trzy lata bessy bez ruszania portfela. Historyczna średnia z rynku akcji to nie jest lokata. Po drodze zdarzają się lata, w których portfel traci 20 albo 30% i trzeba mieć żołądek i poduszkę, żeby wtedy nie sprzedać w panice. Jeśli porównujesz gwarantowane 6,5% z nadpłaty z niepewnymi 8 czy 9% z giełdy, od których jeszcze zapłacisz podatek Belki przy realizacji zysku, to uczciwie mówiąc, różnica netto robi się mała, a ryzyko po stronie giełdy realne. Po opodatkowaniu te historyczne 8 do 10% to jakieś 6,5 do 8% netto kontra gwarantowane 6,5 z nadpłaty. To nie jest przepaść. To jest fotofinisz, w którym wygrana zależy od dekady, w którą trafisz.
Więc dlaczego bogaci mimo wszystko wybierają stronę ryzyka? Bo dla nich to nie jest fotofinisz. I tu dochodzimy do sedna, którego większość poradników nie dotyka, bo wygodniej jest sprzedać prostą regułę niż prawdę z niuansem. Bogaty nie wybiera między nadpłatą a giełdą tak jak ty wybierasz. On gra w inną grę z trzema przewagami, których nie widać na pierwszy rzut oka.
Po pierwsze, jego horyzont to dekady, a przy długim horyzoncie prawdopodobieństwo, że szeroki rynek pobije koszt taniego kredytu, historycznie rosło z każdym rokiem trzymania.
Po drugie, on nigdy nie inwestuje pieniędzy, których może potrzebować w złym momencie, więc bessa nie zmusza go do sprzedaży ze stratą. Bessa to dla niego okazja do dokupienia, nie katastrofa.
Po trzecie, i to jest przewaga, o której mówi się najciszej. On traktuje tani kredyt jako ubezpieczenie od własnej płynności. Dopóki bank jest mu winien usługę w postaci pożyczonego kapitału na kilka procent, on nie musi nigdy sprzedawać swoich aktywów w pośpiechu. Ludzie tracą majątki nie wtedy, kiedy rynki spadają, tylko wtedy, kiedy muszą sprzedawać w trakcie spadków. Niespłacony tani kredyt to jego gwarancja, że nigdy nie będzie musiał.
A teraz odwróćmy kamerę i spójrzmy uczciwie na naszego człowieka z okienka, bo do tej pory mogło zabrzmieć, jakby robił źle. Nie robił. Przy jego strukturze finansów nadpłata mogła być racjonalna, jeśli ktoś nie ma dostępu do inwestycji, których nie rozumie i rozumieć nie chce. Jeśli wie o sobie, że przy pierwszym spadku na giełdzie sprzeda wszystko w panice, jeśli jego kredyt ma wysokie oprocentowanie, a jedyną alternatywą, którą realnie rozważa, jest lokata albo konto oszczędnościowe, to nadpłata jest dla niego najlepszą dostępną inwestycją. Gwarantowane 6,5% bez podatku bije lokatę zawsze i bije giełdę w co najmniej kilku scenariuszach na 10.
Problem nie leży w samej nadpłacie. Problem leży w kolejności i w tym, czego nasz człowiek nie zrobił przed nią. Bo on nadpłacił kredyt, zanim zbudował poduszkę bezpieczeństwa. I to jest błąd, który nie ma nic wspólnego z matematyką stóp zwrotu, tylko z arytmetyką przetrwania. Zasada, którą stosują ludzie zamożni, a którą powinien stosować każdy, brzmi: najpierw płynność, potem drogie długi, potem dopiero cała reszta. Najpierw odkładasz tyle, żeby twoja rodzina przeżyła 6 miesięcy bez żadnego dochodu na koncie oszczędnościowym albo w obligacjach skarbowych, gdzie te pieniądze zarabiają mniej, ale są dostępne od ręki. Potem zabijasz długi, które kosztują kilkanaście procent i więcej: karty kredytowe, chwilówki, kredyty gotówkowe, bo żadna inwestycja na świecie nie daje gwarantowanych kilkunastu procent, a spłata takiego długu właśnie tyle daje. I dopiero potem, z poduszką za plecami i bez drogich długów na karku, siadasz do rachunku, o którym jest ten film. Nadpłacać tani kredyt hipoteczny czy inwestować różnicę?
Według danych Biura Informacji Kredytowej Polacy mają w portfelach obok kredytów hipotecznych całą górę kredytów konsumpcyjnych, których oprocentowanie potrafi być dwa i trzy razy wyższe niż hipoteka. I teraz rzecz, która powinna zaboleć. Część ludzi nadpłaca swoją tanią hipotekę, czując dumę i ulgę, jednocześnie wożąc w portfelu kartę kredytową z zadłużeniem na kilkanaście procent, bo karta jest mała, niewidoczna, a hipoteka duża i straszna. To jest finansowy odpowiednik gaszenia świeczki, kiedy w kuchni pali się frytkownica. Emocje każą atakować największy dług, matematyka każe atakować najdroższy. I to jest pierwsza rzecz, którą możesz zmienić jeszcze w tym tygodniu. Bez żadnej wiedzy o inwestowaniu. Sprawdź oprocentowanie każdego swojego zobowiązania. Ustaw je od najdroższego do najtańszego i przekieruj każdą wolną złotówkę na szczyt tej listy. Nie na największy dług. Na najdroższy.
Wróćmy teraz do naszych dwóch bohaterów, bo należy się wam pełny rachunek, taki jakiego zabrakło ostatnio. Weźmy dwóch sąsiadów. Obaj mają kredyt hipoteczny na 400 000 zł. Oprocentowanie 6,5%, 20 lat do końca. I obaj dostają rocznie 24 000 zł nadwyżki, po 2000 miesięcznie, już po opłaceniu życia i już z gotową poduszką bezpieczeństwa, żeby porównanie było czyste.
Pierwszy przez 10 lat wszystko pakuje w nadpłatę. Drugi przez 10 lat wszystko pakuje w szeroki, tani fundusz indeksowy. Pierwszy nie dociera nawet do 10. rocznicy ze swoim kredytem, bo przy racie powiększonej o 2000 kredyt umiera po niecałych 9 latach, 11 lat przed terminem z umowy. Setki, których dzięki temu nigdy nie zapłaci, to około 190 000 zł. Policzalne co do złotówki i wolne od podatku. A przez ostatni rok z okładem, już bez żadnej raty, odkłada uwolnione prawie 5000 miesięcznie, więc na 10. rocznicę ma czyste hipotecznie mieszkanie i ponad 70 000 gotówki na koncie.
Drugi po 10 latach wciąż ma kredyt z saldem w okolicach 260 000, ale obok ma portfel, którego wartość zależy od dekady. Przy historycznej średniej w okolicach 8% nominalnie, jego wpłaty urosłyby do jakichś 360 000. Po podatku Belki przy sprzedaży zostaje około 340. Odejmij od tego saldo kredytu i jego pozycja netto wychodzi w podobne rejony co u sąsiada. Może odrobinę wyżej. Przy dekadzie słabej, a takie się zdarzały, może mieć mniej niż wpłacił i kredyt nadal na karku. Przy dekadzie mocnej może wyjść wyraźnie przed sąsiada. To jest uczciwy obraz.
Przy obecnych stopach procentowych w Polsce nadpłata taniego kredytu i inwestowanie w szeroki rynek to nie jest pojedynek Dawida z Goliatem w żadną stronę. To są dwie racjonalne strategie o różnym profilu ryzyka. Nadpłata to pewne dobre. Inwestycja to prawdopodobne lepsze z możliwym gorszym.
No dobrze, ktoś powie, skoro to fotofinisz, to skąd w ogóle teza z tytułu? Skąd obserwacja, że zamożni Polacy nie nadpłacają, a nie zamożni oddają bankom wszystko jak najszybciej? Stąd, że ta różnica w zachowaniu istnieje naprawdę, tylko jej przyczyna nie leży w matematyce. Leży w tym, co każda z tych grup czuje, kiedy patrzy na słowo "dług".
Człowiek, który dorastał w domu, gdzie brakowało do pierwszego, nosi w sobie dług jako wstyd, jako coś, co trzeba ukryć przed rodziną, przed sąsiadami, przed samym sobą. Spłata kredytu to dla niego nie operacja finansowa, tylko odzyskiwanie honoru. Dlatego nadpłaca z każdej premii, z każdego zwrotu podatku z trzynastki. I dlatego moment całkowitej spłaty świętuje się w niektórych domach jak drugie wesele. To jest piękne i ja tego nie wyśmiewam, ale trzeba nazwać rzecz po imieniu. To jest kupowanie emocji za pieniądze. Spokój ducha ma swoją cenę i tą ceną jest różnica między tym, co te pieniądze zarobiłyby gdzie indziej, a tym, co zarobiły w postaci zaoszczędzonych odsetek. Czasem ta cena jest niska, jak dziś przy wysokich stopach, czasem bywała bardzo wysoka. Ci, którzy w czasach pandemii zdążyli wziąć kredyt z okresowo stałą stopą w okolicach 2-3%, a potem patrzyli, jak inflacja rozpędza się do kilkunastu procent rocznie, mieli w rękach najtańszy pieniądz w historii polskiej bankowości. Nadpłacanie takiego kredytu w tamtym momencie było oddawaniem bankowi pieniędzy, które realnie traciły na wartości szybciej niż rosły odsetki. Część z nich rzucała w nadpłaty wszystko i płaciła za spokój ducha najwyższą cenę, jaką ta cena kiedykolwiek osiągnęła. A większość z nich do dziś o tym nie wie, bo tej straty nie ma na żadnym wyciągu.
Człowiek zamożny nosi w sobie dług jako narzędzie, nie jako wstyd. Nauczył się tego zwykle nie z książek, tylko z prowadzenia firmy, bo w firmie kredyt obrotowy to codzienność, tak samo naturalna jak faktura. Firma, która finansuje wszystko gotówką, rośnie wolniej niż konkurencja, która umie pożyczać tanio i zarabiać na pożyczonym drożej. Ta sama logika przeniesiona do finansów prywatnych daje dokładnie to zachowanie z początku filmu. Kredyt na 800 000, 2 miliony na kontach i zero pośpiechu. On nie płaci ceny za spokój ducha, bo jego spokój ducha pochodzi z czego innego? Z płynności. Ze świadomości, że cokolwiek się stanie, on ma z czego żyć przez lata. Poczucie bezpieczeństwa biednego to brak długów. Poczucie bezpieczeństwa bogatego to dostęp do gotówki. I to jest może najgłębsza różnica w całym tym filmie, bo z niej wynika wszystko inne.
Jest jeszcze jeden element, o którym trzeba powiedzieć, bo bez niego obraz byłby niepełny. Stopy procentowe się zmieniają, a razem z nimi zmienia się poprawna odpowiedź. Ten film nagrywam w czasach, kiedy Narodowy Bank Polski trzyma stopy na poziomie, przy którym kredyty hipoteczne kosztują w okolicach 6-7%. Przy takich stopach nadpłata jest mocna i broni się w rachunku. Ale jeśli za trzy lata stopy spadną i twój kredyt będzie kosztował 3,5%, a obligacje skarbowe indeksowane inflacją będą płaciły więcej, ten sam rachunek da odwrotny wynik i nadpłacanie stanie się oddawaniem pieniędzy. Dlatego nie zapisuj sobie z tego filmu odpowiedzi. Zapisz sobie pytanie: ile kosztuje mój dług po uwzględnieniu podatków i ile realnie po podatkach i po uczciwej ocenie ryzyka mogą zarobić te same pieniądze gdzie indziej? To pytanie zadaje się raz do roku przy każdej zmianie stóp i przy każdej większej kwocie, która pojawia się w twoim życiu. Odpowiedź będzie się zmieniać. Pytanie zostaje to samo na zawsze.
I jeszcze słowo o czymś, co w polskich domach potrafi zablokować całą tę rozmowę, zanim się zacznie. Wyobraź sobie, że mówisz rodzicom, że masz 100 000 nadwyżki i nie zamierzasz nadpłacić kredytu, tylko kupujesz za to obligacje i fundusz indeksowy. W wielu domach zapadnie cisza, a potem ktoś powie, że w ich czasach człowiek spał spokojnie dopiero, jak nie był nikomu nic winien. I oni mają swoją rację, wyrośniętą z czasów, kiedy inflacja potrafiła pożreć oszczędności życia w rok, a instytucjom się nie ufało, bo nie było komu ufać. Tamta mądrość chroniła ich w tamtym świecie, ale mądrość finansowa nie jest wieczna. Jest przypisana do warunków, w których powstała. Dzisiejsza Polska ma regulowany rynek, gwarancje depozytów, obligacje detaliczne dostępne z telefonu i fundusze indeksowe z opłatami niższymi niż prowizja za jedno okienko w banku. Zasady gry się zmieniły. Można kochać rodziców i jednocześnie liczyć inaczej niż oni. Jedno drugiemu nie przeczy.
Skoro jesteśmy przy konkretach, to jeszcze dwie rzeczy techniczne, które potrafią zmienić wynik całego rachunku, a o których w oddziale banku usłyszysz dopiero, jak sam zapytasz.
Pierwsza: nadpłata nadpłacie nierówna, bo bank przy każdej nadpłacie zada ci pytanie, czy chcesz skrócić okres kredytowania, czy obniżyć ratę. To brzmi jak szczegół, a to jest rozwidlenie dróg. Skrócenie okresu przy tej samej racie daje największą oszczędność na odsetkach, bo każda kolejna rata zawiera więcej kapitału, a odsetki naliczają się krócej. Obniżenie raty przy tym samym okresie daje mniejszą oszczędność, ale za to zwiększa twoją miesięczną płynność, czyli oddaje ci co miesiąc kawałek oddechu, który możesz przekierować gdzie chcesz, także w inwestycje. Człowiek myślący emocjami prawie zawsze wybiera skrócenie okresu, bo chce, żeby ten kredyt skończył się jak najszybciej. Człowiek liczący obie strony równania częściej wybiera niższą ratę, bo rozumie, że elastyczność co miesiąc jest warta więcej niż data na papierze. Nie ma tu jednej dobrej odpowiedzi, ale jest zła: wybrać nie wiedząc, że się wybierało.
Druga rzecz, koszty samej nadpłaty. Od wejścia w życie ustawy o kredycie hipotecznym z 2017 roku bank przy kredycie o zmiennym oprocentowaniu może pobierać rekompensatę za wcześniejszą spłatę tylko przez pierwsze trzy lata umowy, a po tym okresie nadpłacasz za darmo. Przy starszych umowach i przy okresowo stałej stopie bywa inaczej i to trzeba sprawdzić w swojej umowie, czarno na białym, zanim się ruszy pieniądze, bo prowizja za nadpłatę potrafi zjeść sporą część korzyści z pierwszego roku. To są dwa akapity nudnych szczegółów, wiem, ale różnica między ludźmi, którzy budują majątek, a tymi, którzy tylko ciężko pracują, mieści się dokładnie w takich akapitach, których nikomu nie chce się przeczytać.
Zbierzmy to teraz w jedną całość, w kolejność, którą możesz zastosować niezależnie od tego, ile zarabiasz. Bo w tym filmie nie chodzi o to, żebyś naśladował bogatych w ich decyzjach, tylko żebyś przejął ich sposób liczenia.
Krok pierwszy, zanim jakakolwiek złotówka pójdzie w nadpłatę czegokolwiek. Poduszka bezpieczeństwa. Minimum trzy miesiące kosztów życia rodziny, docelowo sześć, w miejscu, z którego wyjmiesz pieniądze w jeden dzień bez straty. Konto oszczędnościowe, obligacje detaliczne, cokolwiek płynnego. To nie jest inwestycja i nie oceniaj tego po stopie zwrotu. To jest tlen. Nasz człowiek z Krakowa, ten z okienka, powinien był zacząć właśnie tu i wtedy. Jego nadpłata, zrobiona rok czy dwa później, byłaby decyzją z pozycji siły, a nie aktem wiary.
Krok drugi. Egzekucja najdroższych długów. Karta kredytowa, limit w koncie, kredyt gotówkowy, raty 0%, które wcale nie były 0%, bo cena była podniesiona. Wszystko, co kosztuje kilkanaście procent, umiera pierwsze, bo spłata takiego długu to gwarantowana stopa zwrotu, jakiej nie da ci legalnie nikt na świecie. Dopóki masz drogie długi, o giełdzie i o nadpłacaniu hipoteki jest strata czasu.
Krok trzeci. Dopiero teraz. Tani dług kontra inwestycje. Bierzesz oprocentowanie swojej hipoteki, takie jakie masz dziś na umowie, nie takie, jakie było przy podpisaniu. Bierzesz realne alternatywy, do których masz dostęp i które psychicznie udźwigniesz, z uwzględnieniem podatku Belki i z uczciwym założeniem, że giełda potrafi dać dekadę rozczarowania. Porównujesz. Jeśli różnica jest mała albo wychodzi na korzyść nadpłaty, jak dziś przy wysokich stopach, nadpłacaj i śpij dobrze. Masz za sobą matematykę, nie tylko emocje. Jeśli różnica jest wyraźna na korzyść inwestycji i masz horyzont co najmniej 10 lat, rozważ podział. Część w nadpłatę, część w rynek, bo strategia mieszana chroni cię przed żalem w obu scenariuszach. I badania nad zachowaniem inwestorów pokazują, że żal jest tym, co najczęściej wysadza plany w powietrze, nie liczby.
Krok czwarty. Coroczny przegląd. Stopy się zmieniły, pensja się zmieniła, umowa się zmieniła. Może pojawiła się możliwość refinansowania na niższą marżę, o którą zresztą zawsze warto zapytać inny bank, bo marża z dnia podpisania umowy nie jest wyrokiem na 20 lat. Jedno popołudnie w roku na ten rachunek to być może najlepiej opłacana praca, jaką wykonasz, licząc na godzinę.
I to jest cała tajemnica z tytułu tego filmu. Bogaci Polacy nie nadpłacają kredytów nie dlatego, że znają jakiś sekret niedostępny dla innych, tylko dlatego, że zanim ruszą złotówkę, zadają pytanie o obie strony równania. Co ten pieniądz zarobi tam, a co zaoszczędzi tu. Niezamożni oddają bankom wszystko jak najszybciej. Nie dlatego, że są głupi, bo nie są, tylko dlatego, że nikt im nigdy nie pokazał, że to pytanie w ogóle istnieje, że spokój ducha ma cenę, którą można policzyć i że czasami warto ją zapłacić świadomie, a czasami okazuje się, że po policzeniu wcale nie chcesz jej płacić.
Wróćmy na koniec do Krakowa. Człowiek z okienka jedzie autobusem do domu i czuje się lżejszy o 20 000 zł długu. Człowiek z biura kończy dzień i nawet nie pomyślał o swoim kredycie, bo jego kredyt to najnudniejsza pozycja w jego finansach. Tanie usługa, którą bank świadczy mu za rozsądne pieniądze, podczas gdy jego kapitał pracuje tam, gdzie zarabia najwięcej. Za 20 lat obaj będą mieli spłacone mieszkania. Różnica będzie we wszystkim, co wydarzyło się po drodze, w pieniądzach, których nie widać przez okno, w decyzjach podejmowanych raz do roku przy kalkulatorze, w pytaniu, które jeden z nich zadawał sobie regularnie, a drugi nigdy nie usłyszał. Od dzisiaj to pytanie znasz. Ile kosztuje mój dług i ile mogłyby zarobić te same pieniądze gdzie indziej?
Jeśli po tym filmie zamierzasz liczyć obie strony, zanim ruszysz większą kwotę, napisz w komentarzu trzy słowa: "Liczę obie stron". Niech to będzie deklaracja nie dla mnie, dla ciebie samego. A jeśli policzysz i wyjdzie ci coś innego niż mnie, napisz to też z liczbami. Pod poprzednim filmem najlepsze komentarze były od tych, którzy się ze mną nie zgodzili i dokładnie takich widzów chcę tu mieć. M.