📱

Get Our Mobile App

Take your business learning on the go!

Download on the App StoreGet it on Google Play

Odkrył że żyjemy w SYMULACJI. 100 osób zobaczyło TO samo

Dawid Sołtan37:46

Transcription

Żeby zajrzeć za kulisy naszego wszechświata, nie potrzebujesz zderzacza hadronów za miliardy dolarów. Okazuje się, że wystarczy czerwony laser, kawałek gąbki akustycznej i ułamek grama najsilniejszego psychodeliku na Ziemi, a ściana w twoim domu stanie się przeźroczysta. Po drugiej stronie ujrzysz płynący kot rodem z filmu Matrix i nieznane istoty. I co najdziwniejsze, nie będziesz jedyną osobą, która to zobaczy.

To nie ma prawa działać. Czerwony laser, kawałek czarnej matowej pianki na ścianie. Facet ze szklaną lufką właśnie wypuszcza dym i gdzieś w tym pokoju, dokładnie w momencie, w którym powietrze uchodzi z jego płuc, ktoś zaczyna powtarzać w kółko szeptem te same słowa: "O mój Boże!"

Różni ludzie, różne sesje, ten sam laser i kawałek ściany. Wcześniej czy później, za każdym razem pada to samo stwierdzenie: "Kot". Pokazałem to ponad setce ludzi i cały czas zachodzę w głowę, jakim cudem wszyscy widzimy to samo.

To zdanie nie daje spokoju danemu golerowi. Nieważne, co ci ludzie widzieli. Nieistotne, czy było to prawdziwe. Chodzi o samą matematykę. Ponad setka obcych ludzi odwiedziła jeden pokój, czerwony laser, dimetylotryptamina i jeden tajemniczy wzór, który ukazał się oczom każdego z nich. Dani określa ten wzór kodem źródłowym rzeczywistości. Wiem. Dość mocne słowa, ale Goler wierzy w to, co mówi.

Żeby powtórzyć jego eksperyment, nie trzeba być milionerem. Wystarczy czerwony laser, 650 nm, dostępny na Allegro. Siatka dyfrakcyjna, czyli cienki plastikowy krążek, który rozbija promienie, tworząc szeroki, migoczący wachlarz. No i matowa powierzchnia. Wystarczy zwykła pianka akustyczna, jaką wygłusza się studia nagrań. Nie jest to wielka tajemnica. Praktycznie wszystko możesz dostać w internecie od ręki. No, prawie wszystko.

Kluczowym elementem eksperymentu jest narkotyk DMT. Jeden z najsilniejszych psychodelików, którego działanie jest krótkie, ale nadzwyczaj intensywne. Po zapaleniu przez kilka minut tripu człowiek doświadcza rzeczy, które ciężko opisać słowami.

Co dalej? Germyślił procedurę, która teoretycznie nie powinna działać. Gość pali DMT. Laser jest skierowany na piankę, a osoba biorąca udział w eksperymencie ma patrzeć na światło, a dokładniej przez światło, tak jakby chciała spojrzeć przez okno. Jeśli zrobi to pod odpowiednim kątem, to zacznie dostrzegać rzeczy, których absolutnie nie powinno tam być.

Pojawiają się znaki płynące w dół, linie, ciasne rzędy czegoś, co wielu opisuje jako japońską katakanę. Innym te tajemnicze znaki przypominają starożytny aramejski albo ciągi symboli żywcem wyciągniętych z filmu Matrix. Te symbole mają głębie, nie są płaskie, poruszają się w przestrzeni, tak jakby ściana nagle zrobiła się przeźroczysta jak okno. Jeśli zmienisz kąt patrzenia, zaczniesz dostrzegać inne warstwy.

Zdarzało się, że ludzie pytali golera wprost, czy to jest jakaś sztuczka ze światłem. Wtedy on poruszał laserem, a wzór pozostawał na swoim miejscu.

Jasne, mógłbym te histori zbagatelizować, gdyby to był jeden foliż niewychodzący z piwnicy. Tylko, że świadków jest ponad setka, a większość sesji została uwieczniona na nagraniach. Ger twierdzi, że nic im wcześniej nie sugerował, nie rzuca hasła "kod", nie gadał o Matrixie. Daje lufkę, pokazuje piankę i po wszystkim zadaje im jedno pytanie: "Co widziałeś?"

I to, co słyszy z powrotem z ust ludzi, nie brzmi jak wyuczony wierszyk. Zawsze słyszy to samo: Płynące pismo, głębia, wzór. "O mój Boże, co to jest?" Te słowa padają z ust ludzi, którzy brali już wszystko, ludzi, którzy mieli zerowe doświadczenie z substancjami. Wszyscy mówią, że nigdy w życiu czegoś takiego nie widzieli. Według nich spójność i powtarzalność tej wizji jest dowodem na to, że nie mamy do czynienia z halucynacjami, tylko z czymś, co ma strukturę, przestrzeń i po prostu tam jest.

Żeby zrozumieć, dlaczego ich doświadczenia są wyjątkowe, należy pochylić się nad dwiema rzeczami. Po pierwsze, trip to skrajnie osobista sprawa. Trzy osoby palą w tym samym czasie i widzą trzy różne światy. Jeden spaceruje po diamentowych katedrach, drugi gada z elfami, a trzeci stoi na łące i rozmawia ze zmarłą matką. Dlatego czytanie raportów stripów na DMT jest jak czytanie czyjegoś pamiętnika. Po drugie, to, co robi goller, to czysta odwrotność tej zasady. Obcy ludzie bez żadnej podpowiedzi zaczynają opisywać dokładnie to samo. Ich relacje są zbyt precyzyjne, żebyśmy mogli mówić o przypadku. Zero duchowości, zero pięknych fraktali, jedynie płynące znaki.

Sam goler nie owija w bawełnę. Warto go posłuchać, bo chłop ma odwagę, żeby o tym mówić. Goler mówi: "Są tylko dwie opcje. Albo zwariowałem w najbardziej spektakularny, powtarzalny wizualnie sposób w historii ludzkości i mam to nagrane na wideo, albo" – i to są oczywiście jego słowa – "to największe odkrycie naszych dziejów." Być może znalazł tanią, powtarzalną procedurę na to, żeby zobaczyć kod źródłowy rzeczywistości.

U wielu mogą pojawić się wątpliwości. Nie jestem zaskoczony, bo porobieni goście na dimetylotryptaminie gapiący się w laser, to nie są naukowcy, i do tego zresztą jeszcze wrócimy. Ale co, jeśli gość naprawdę coś znalazł? Co, jeśli naukowcy będą w stanie to udowodnić? Jakie wtedy pytania będziemy musieli sobie zadać?

Polowanie. Duża część ludzi powracająca z tripu na DMT analizuje samego siebie: to, jakim jest człowiekiem, co robi dobrze, co robi źle. Ger powrócił z tripu z pytaniem, które w tym środowisku zadaje sobie jedynie garstka ludzi: "Skoro to miejsce jest prawdziwe, to czy jest cokolwiek, co mogę stamtąd zabrać? Jakiś twardy dowód, który przetrwa trip? Jakiś fragment, który da się zamrozić, nagrać, pokazać innym?"

Nie brzmi to jak pytanie szamana, ale bardziej jak pytanie badacza, który zdecydował, że za tripem na DMT kryje się konkretny system, który musi mieć interfejs, a każdy interfejs da się zhakować. Goler spędził lata szukając wejścia, ale żeby zrozumieć, dlaczego w ogóle wziął się za ten temat na poważnie, musimy cofnąć się do jego dzieciństwa, kiedy siedział z dziadkiem i słuchał o obiektach w kosmosie, które są tak gęste, że nawet światło nie potrafi z nich uciec.

Jego dziadek był fizykiem jądrowym. Co ciekawe, opowieść o czarnej Dziurze była dla młodego Daniego w tamtym czasie opowieścią o potworze. Z jednej strony czuł strach, bo potwór jest prawdziwy, z drugiej czuł dziwną ulgę, bo jego dziadek był w stanie udowodnić jego istnienie. Dziadek zawsze mu powtarzał: "Natura nie skrywa przed nami żadnych tajemnic. Poznanie ich to wyłącznie kwestia posiadania odpowiednich narzędzi."

Co istotne, Goller nie był badaczem, był montażystą wideo. Godzinami siedział nad obrazem, kolorem, tysiącami drobnych cięć. A potem, jak wielu w ostatniej dekadzie, zapalił DMT. I coś się nagle zmieniło. Zaczął eksperymentować, aż doszedł do etapu, kiedy nie widział ładnych fraktali czy mechanicznych elfów. Widział coś, co nie wyglądało jak halucynacja. Patrzył na pokój znajdujący się za pokojem. Miejsce, które w tamtej chwili było bardziej ostre i prawdziwsze niż jego własna kuchnia, jego ciało czy pamięć o własnym imieniu. Doświadczył czegoś, co jest często określane przez wielu jako prawdziwsze niż rzeczywistość. I coś w nim pękło.

W takiej sytuacji masz dwa wyjścia: Możesz uznać, że twój mózg płata ci figle, ponieważ odużyłeś go chemicznie. Tyle cała filozofia. Możesz też pójść w stronę duchową i zacząć interesować się ezoteryką i mechanicznymi elfami.

Gerie te drogi odrzucił i zrobił coś nietypowego, bo potraktował to jako wyzwanie i zaczął analizować. "Skoro tamta przestrzeń jest prawdziwa, to rządzą nią jakieś prawa. Musi mieć geometrię, topologię. Muszą istnieć jakieś drzwi, bo czasami udawało mu się tam wchodzić, a czasami nie. Czyli przekraczał jakąś granicę." Gerł mieć na tym punkcie obsesję. Szukał odpowiedzi latami. Jak udowodnić, że tamto miejsce jest prawdziwe?

I w tym momencie ta historia zacznie się robić coraz dziwniejsza. Podani zacznie otrzymywać wskazówki. Nie słyszał głosów, ale w jego życiu zaczęły pojawiać się dziwne zbiegi okoliczności, które przez większość z nas po prostu byłyby ignorowane. Ale on zaczął wszystko zapisywać. Przykłodowo. Ger szedł w nocy i myślał o świetle. Spojrzał na chodnik, gdzie na mokrym betonie ktoś odcisnął ciąg cyfr, wyciągnął telefon, zrobił zdjęcie, a w domu wrzucił te numery w wyszukiwarkę naukową. A wtedy wyskoczył mu jeden jedyny link w całym internecie. Dokument z Cern szwajcarskiego Instytutu Badań Jądrowych. Ten dokument dotyczył rozpadu bozonu Higsa i tłumaczył jak światło może przenosić ukrytą informację. Degolera nie był to dowód, to była wskazówka. Z każdą kolejną korygował swój kurs, aż doszedł do wniosku, że potrzebuje czerwonego światła o konkretnej długości fali. Promień nie może być ostrą kropką. musi przechodzić przez siatkę dyfrakcyjną.

Przygotował miejsce, zapalił DMT i wtedy pierwszy raz w życiu ściana przestała być zwykłą ścianą.

Siema. Tak jak mówiłem w poprzednich filmach, do 50 000 subów brakuje już naprawdę niewiele. Dlatego zachęcam was do subskrybowania. Obiecuję, że przez jakiś czas przestanę żet eksperyment.

Eksperyment. Goer prowadził swój eksperyment w piwnicach i cudzych kuchniach. Ostatnio zamknął się nawet w klatce Faradea w laboratorium w New Jersey. Zrobił to po to, żeby wyeliminować elektromagnetyczny szum, żeby nie było mowy o jakiś zakłóceniach. Goer używa matowej czarnej pianki, ponieważ nie generuje ona przypadkowych refleksów, dzięki czemu można bez problemu skupić się na wzorze, który jest oczywiście tylko i wyłącznie widoczny, kiedy dana osoba jest pod wpływem DMT. Sama dawka tej substancji ma być niska. Nie odlatujesz całkowicie, stoisz twardo na krawędzi. Kluczowe jest, abyś miał otwarte oczy. Musisz wiedzieć, gdzie dokładnie stoisz i musisz rozmawiać z osobą, która nadzoruje cały trip.

Po minucie zaczynasz dostrzegać wzory. Twoje ramiona opuszczają się. Oddech zwalnia, a szczęka wykonuje ten charakterystyczny ruch. I słyszysz instrukcję. Goer mówi: "Nie próbuj łapać ostrości na samym świetle. Prawie każdy ma z nią problem na samym początku, bo oczy z automatu chcą złapać ostrość. Szukają czegoś jasnego, konkretnego i stabilnego." Aguler mówi, żebyś odpuścił, rozluźnił się, spojrzał na wzór, tak jakbyś wyglądał przez okno.

Większość osób widzi to samo. Głębie. Pianka nagle robi się przezroczysta. Za nią otwiera się przestrzeń wielkości całej ściany, w której coś się rusza. W New Jersey jeden z gości powiedział, że miał wrażenie jakby patrzył wewnątrz ogromnej kuli wypełnionej wirującymi punktami. Miał wrażenie, jakby spoglądał przez okno. Prawie wszyscy widzą po drugiej stronie rzędy znaków ciągnące się w nieskończoność. Najczęściej goler porównuje je do japońskiej katakany, starożytnego aramejskiego oraz hebrajskiego. To wszystko przypomina dosłownie spadający kot z matrixa. Nikt nie potrafi odczytać tych symboli, ale prawie każdy je widzi.

Najciekawsze jest jednak to, że kiedy weźmiesz laser do ręki i przesuniesz go, przykładowo, w prawo, to symbole po drugiej stronie nie ruszają się, tak jakby były czegoś nieodłączną częścią.

I serio rozumiem, jeśli pojawiają ci się teraz w głowie myśli: "O czym ten chłop w ogóle do mnie mówi?" i masz ochotę wysłać mi paletę folii aluminiowej. Spoko, rozumiem. Ogólnie należy być ostrożnym, bo samo DMT to nie jest radlerek 2%; to jest poważny psychodelik, który prawdopodobnie umożliwi ci kontakt z sąsiadem, tylko że z innego wymiaru.

Kiedy zapytasz golera o liczbę, on mówi: "Około 6 na 10 osób widzi znaki za pierwszym razem." Kolejne trzy łapią kontakt przy drugiej próbie. Jedna osoba na 10 nie widzi nic nigdy. I te liczby mogą być prawdziwym dowodem. Pytanie, na co?

Prawdziwsze od rzeczywistości. Nasze oczy nie są obiektywem, który rejestruje obraz, a mózg nie jest kamerą wideo, która odtwarza nam film w głowie. Nasz mózg, upierając się na garstce bodźców zewnętrznych i potężnym zestawie założeń, tworzy świat od zera. To wszystko trzyma się kupy tylko i wyłącznie dlatego, że mamy grube i gęste filtry, które blokują ponad 90% informacji pochodzących z zewnątrz. A kiedy zażyjesz DMT, te filtry idą z dymem. I według golera to, co wtedy widzisz, jest czymś w rodzaju ekranu ładowania w grze komputerowej.

W 2019 roku badacz z Londynu, Christopher Timmerman, przeprowadził nietypowy eksperyment. Wziął trzeźwych ludzi, podłączył ich pod funkcjonalny rezonans magnetyczny i pod EEG i podał im kroplówkę z głównym bohaterem tego odcinka, czyli dimetylotryptaminą, a następnie obserwował, co dzieje się z ich mózgiem, kiedy oni są w innej galaktyce. Wyniki przeszły do historii. Pod wpływem DMT falę alfa, czyli ten spokojny, stabilny rytm twojego mózgu, po prostu się zapada. W sekundę wyłączają się domyślne ustawienia twojej głowy, na których jedziesz praktycznie od urodzenia. I pojawia się ogień, różnorodność sygnału, ilość obliczeń momentalnie uderza w sufit, wjeżdża chaos w czystej postaci. Mózg ładuje na raz więcej danych niż w głębokim śnie i na jawie. Zjawisko to nazywa się entropijnym mózgiem. DMT całkowicie dezintegruje barierę między percepcją a wyobraźnią i możesz poczuć, że to doświadczenie jest prawdziwsze od rzeczywistości.

W 2019 roku John Dean zbadał mózg szczura, żeby poszukać w nim DMT. Spodziewał się znaleźć jakieś pomniejsze ślady i tyle. Ku jego zaskoczeniu, zamiast tego odkrył stężenie równe poziom serotoniny i dopaminy, czyli chemii, która u ludzi jest kluczowa, aby człowiek mógł funkcjonować. Okazało się, że szczurzy mózg produkuje ten psychodelik wręcz na skalę przemysłową, a ludzki mózg najprawdopodobniej robi dokładnie to samo.

Warto się na chwilę zatrzymać i podsumować. Czyli substancja, która sprawia, że po jej zażyciu widzisz kot z matrixa i teleportujesz się do innego wymiaru, jest cały czas obecna w naszym organizmie. Świetnie. Tylko do czego ona nam jest potrzebna? Nikt nie ma pojęcia. Pojawiają się pewne spekulacje: umieranie, sny, ale to są strzały w powietrze.

I to prowadzi nas prosto do neuronaukowca Andrew Gallimora, autora "Alien Information Theory" i człowieka, który jako jeden z nielicznych potraktował tripy po DMT jako twarde dane, a nie zwykły szum. To on wymyślił protokół DMTX, system podawania tego psychodeliku z kroplówki. Przeważnie trip to krótka piłka. Wpadasz na 5 minut, rozglądasz się, ale zanim zdążysz się dobrze rozejrzeć, działanie DMT się kończy. DMT z kroplówki trzyma cię po tamtej stronie tak długo, żebyś mógł wejść do środka, zbadać wszystko spokojnie i zdać z tego raport.

A to, co ludzie zaczęli raportować, wcale nie ułatwiło nikomu roboty. Okazuje się, że pod dłuższą obserwacją ta przestrzeń wcale nie rozmywa się jak sen. Ona się stabilizuje, architektura krzepnie, przestrzeń staje się brutalnie spójna, a istoty, czymkolwiek są, nadal tam stoją i patrzą ci prosto w oczy.

No właśnie. Jeśli dotychczas było dla ciebie dziwnie, to posłuchaj tego: istoty. Do tej pory opowiadałem ci tylko o kodzie i o ukrytej przestrzeni, ale to nie wszystko, bo po drugiej stronie dostrzeżono również istoty, a sam Goler uważa, że nie ma mowy o jakimś zaplanowanym spotkaniu z tymi pytami. On twierdzi, że po prostu przyłapuje je w trakcie pracy. Jest nieproszonym gościem. W tym przypadku laser nie działa jak dzwonek do drzwi, a bardziej jak reflektor odpalony w ciemnym biurze o 3:00 nad ranem, kiedy pracownicy są po cichu zajęci inwentaryzacją.

I tutaj pojawia się on, postać, którą ochrzczono mianem Frogmana, czyli żabo-człowieka. I to nie jest żaden świetlisty anioł ani wielowymiarowa geometria. Goler opowiada o istocie, która wyglądała jak skrzyżowanie żaby z nurkiem i jaszczurką, która majstruje przy kodzie rzeczywistości. Ta istota przypomina kogoś w rodzaju technika, który w swojej serwerowni spotyka człowieka, czyli kogoś, kto nie należy do tego miejsca.

I okej, goler halucynuje, tylko że halucynacje zazwyczaj nie podejmują z tobą interakcji, a to, co znajduje się po drugiej stronie ściany, zauważa światło lasera, odwraca się do niego i spogląda Daniemu prosto w oczy. Frogman nagle zastyga w bezruchu jak pracownik przyłapany na spaniu na nocnej zmianie, jakby czekał, aż w końcu wyłączysz ten laser i pozwolisz mu dalej spać. Bez zbędnych filozoficznych rozważań Goller mówi: "Ktoś tam na pewno jest. Ustalmy fakty. To czyść dom. Ktoś tam mieszka."

Goler nie próbuje zgadywać, czym są te istoty, ale uważa, że panuje wśród nich jakaś hierarchia. Niektóre byty czuć tylko w powietrzu, jak ciężar, bezkształtny powiew czegoś potężnego. A te fizyczne postacie, które według Daniego obsługują kot i dosłownie tworzą świat wokół nas, są insektoidami, gigantycznymi dwumetrowymi modliszkami o chłodnych, inteligentnych oczach. Goler nazywa ich tkaczami i spekuluje, że ich praca polega na dbaniu o siatkę, z której zbudowana jest nasza rzeczywistość.

Co ciekawe, Goer nie jest pionierem, jeśli chodzi o obserwacje dziwnych istot zamieszkujących domenę DMT. Legenda psychodelików Terence McKena przez 40 lat opowiadał o maszynowych elfach. Według niego nie są oni zbudowani z mięsa tak jak my, tylko z żywej, świecącej materii. Mckena twierdził, że są czymś w rodzaju samoświadomego algorytmu, który na bieżąco renderuje nasz świat. Zbieżności pomiędzy tym, co mówił McKena, a Goler są więc wyraźne i zauważalne.

Dla Daniego Golera punktem zwrotnym poprzedzającym wszystkie jego eksperymenty z laserem był tak naprawdę jeden trip. Pewnego dnia Dani, siedząc na ganku swojego domu w Pasadenie, przyjął ogromną dawkę DMT, która sprawiła, że nagle znalazł się w ogrodzie. Miasto i góry w tle. Zza domów wysunęły się wielkie anteny satelitarne, pokryte setkami znaków przypominających te, które można zobaczyć w wiązce lasera. I wtedy jego sąsiedztwo zaczęło zwyczajnie znikać. Cała ulica, samochody, drzewa – wszystko zaczęło zrzucać swoje tekstury. Dany widział tylko geometryczny druciany szkielet świata, a potem usłyszał ciężkie stalowe uderzenie, które poczuł w kościach i ujrzał coś w rodzaju dźwigu, wielkości wieżowca, który trzyma makietę jego dzielnicy odwróconą do góry nogami, która następnie zostanie ułożona jak jakieś klocki Lego. Obraz zaczął się domykać pasami w zygzakach. Doczytywały się tekstury asfaltu. A od trawników. Ludzie lądowali przed swoimi domami w ułamku sekundy, jakby ktoś ich wklejał do sceny. Psy zamarzały w powietrzu, by za chwilę ruszyć dalej, jakby system testował właśnie pauzę. A na końcu to wszystko zamknęło się tuż przed twarzą, cholera. I nastała idealna, nienaturalna cisza.

No, brzmi jak niezły trip. A teraz wyobraź sobie, że doświadczasz czegoś takiego. Co o tym w ogóle myśleć?

No więc Dani nie idzie w mistycyzm. On skupia się raczej na technikaliach i wprost stwierdza, że żyjemy w symulacji. Kiedyś uważał, że świadomość, że żyjemy w symulacji, nic nie zmieni, bo jak walniesz małym palcem stopy o futrynę, to i tak nadal będzie cię bolało. Z czasem zmienił jednak zdanie i coraz częściej zaczął używać jednego określenia: "wypatroszony". Nic dziwnego, bo jeśli uznasz, że symulacja jest prawdziwa, to zrozumiesz, że nie masz żadnej kontroli nad swoim życiem, nad światem. Możesz zacząć czuć się jak NPC, którego funkcjonowanie jest z góry ustalone.

I w pełni rozumiem, jeśli czujesz się teraz niekomfortowo i chcesz napisać mi komentarz, żebym wziął leki. Rozumiem, ale poczekaj. W sensie, śmiało, chcesz to pisz komentarz, ale teraz opowiem ci, co na ten temat mają do powiedzenia naukowcy.

Symulacja. Wyobraź sobie gigantyczną piramidę. Na jej szczycie leży nasz wszechświat – baza – a pod nim każda kolejna symulacja, którą ten wszechświat zdołał wygenerować. Wewnątrz każdej symulacji powstają kolejne, tworzone przez tajemnicze byty. Wszystko się zapętla. Symulacja wewnątrz symulacji. Tysiące poziomów piramidy, miliardy wirtualnych kopii. Skoro na jeden prawdziwy świat przypadają miliardy symulacji, to szanse, że my urodziliśmy się akurat w oryginalnej wersji wszechświata, są nikłe.

I właśnie ten argument jest fundamentem głośnej publikacji z 2003 roku, której autorem jest filozof z Oxfordu Nick Bostron. Jego artykuł sprawił, że teoria symulacji przestała być tylko odklejoną rozkminą po obejrzeniu Matrixa i na dobre zagościła na akademickich salonach. W 30-stronicowym artykule Bostrom stara się odpowiedzieć na pytanie, czy ludzie żyją w symulacji komputerowej. Swoje rozważania oparł na tak zwanym trylemacie. Musisz wybrać jedną z trzech opcji. Pierwsza z nich zakłada, że cywilizacje takie jak nasza dokonują samodestrukcji, zanim osiągną rozwój technologiczny umożliwiający symulowanie rzeczywistości. Druga opcja zakłada, że cywilizacje docierają do tego poziomu, ale kompletnie tracą zainteresowanie symulowaniem rzeczywistości. Trzecia opcja mówi, że jeśli punkt jeden i drugi to bzdura, to już teraz żyjemy w symulacji.

Przez ostatnie 20 lat ten tekst był weryfikowany i analizowany przez tysiące uczonych i nikt go w sumie sensownie nie był w stanie podważyć. Dziś naukowcy mówią otwarcie, że trzecia opcja jest najsensowniejszym wyborem, a fizyka kwantowa zdaje się to wszystko potwierdzać.

Logika podpowiada, że prawdziwą przestrzeń powinieneś móc dzielić w nieskończoność na coraz to mniejsze kawałki. Ale nasz kosmos tak nie działa, przynajmniej według fizyków. Długość planka to ostateczny, najmniejszy kawałek przestrzeni, którego nie da się już podzielić. Dlaczego w prawdziwym świecie istnieje taki limit? Natura nie musi przecież operować na określonej pamięci RAM, ale komputer już tak. To komputer nienawidzi nieskończoności. Ten twardy limit istnieje po to, żeby system miał konkretną rozdzielczość i nie pożarł całego RAMu. Dlatego długość Planka może być po prostu fizycznymi pikselami, z których wyrenderowano naszą rzeczywistość. Do tego dorzuca się czas planka. To najmniejszy odcinek czasu, jaki jesteśmy w stanie fizycznie opisać. Wszystko, co dzieje się poniżej tej granicy, jest dla dzisiejszej nauki totalną ścianą i matematyka po prostu tam wysiada. Czas nie płynie jednym nieprzerwanym strumieniem. On skacze dokładnie tak samo jak silnik gry wideo, kiedy ładuje kolejną klatkę obrazu. To FPS-y naszej rzeczywistości.

Dodajmy do tego prędkość światła. Nic we wszechświecie nie może poruszać się szybciej. Fizyk powie ci, że tak po prostu jest zbudowana nasza czasoprzestrzeń. Ale jeśli spojrzysz na to z perspektywy programisty, wniosek nasuwa się sam. To wygląda jak klasyczny sztuczny limit w kodzie: odgórna blokada, która ma sprawić, żeby system nadążał z wczytywaniem otoczenia i żeby serwer nie został przeciążony.

Jasne. Możesz teraz stwierdzić, że mnie delikatnie odkleiło i możesz też stwierdzić, że naginam fakty, biorąc zjawiska fizyczne i na siłę nazywając je kodem albo pikselami, żeby pasowały do teorii symulacji. I to jest jak najbardziej racjonalny zarzut, ale w tym miejscu na scenę wkracza fizyka cyfrowa. Dziedzina, która na poważnie zakłada, że nasz wszechświat jest gigantycznym systemem obliczeniowym. Kiedyś uważano, że informacja to tylko coś, co zapisujemy na dysku. Dzisiaj ludzie pokroju Edwarda Fredkina, wybitnego informatyka z MIT czy fizyka Stevena Wolfram, budują latami modele, które wywracają te przekonania do góry nogami. Według nich materia i energia nie są wcale absolutną podstawą rzeczywistości. Gdybyś spojrzał na nasz świat przez hipotetycznie najpotężniejszy możliwie mikroskop, to na samym końcu nie zobaczyłbyś żadnej materii ani fizycznych klocków. Zobaczyłbyś kod – zwykłe zera i jedynki, które non stop się przeliczają. Dokładnie tak samo jak w programie komputerowym. Ten twardy fizyczny świat, którego teraz dotykasz, cała ta materia wokół ciebie, to w istocie tylko ostateczny wynik tych potężnych ciągłych obliczeń.

No, jest jeszcze zasada holograficzna, o której Geroler dość często wspomina. Jej działanie jest relatywnie proste. Kojarzysz te błyszczące naklejki z hologramem? Kiedy przejedziesz po nich palcem, są one całkowicie płaskie, ale kiedy na nie spojrzysz, dostrzeżesz w nich trójwymiarową głębię. Naukowcy na poważnie zakładają, że nasz wszechświat działa dokładnie w ten sam sposób. Kubek na twoim biurku, twoja ręka, cały twój pokój, w którym aktualnie siedzisz, może być tylko wygenerowaną trójwymiarową iluzją.

Czy to oznacza, że nauka właśnie potwierdziła, że goler po zapaleniu DMT faktycznie zobaczył kod źródłowy naszej rzeczywistości? Nie mam pojęcia. Być może były to tylko i wyłącznie halucynacje, ale kiedy połączysz obserwację z setki osób z tym, nad czym pracują aktualnie fizycy, zaczynasz mieć wątpliwości, czy ten facet oby na pewno jest tylko odklejonym hipisem z piwnicy. Żeby brać jego opowieść na poważnie, nie musisz wierzyć w duchy, stwórcę czy insektoidalnych obcych. Wystarczy założyć, że kosmos to po prostu czysta informacja, a Gerowi za pomocą konkretnej dawki chemii i światła udało się na moment zajrzeć na zaplecze wszechświata. Być może facet po prostu znalazł glitz w Matrixie.

I kiedy wszystko wydaje się układać w idealną, spójną całość, na scenę wchodzą neurolodzy, którzy mają na ten temat całkowicie inne spojrzenie. Według nich Goler nie jest kłamcą. On faktycznie patrzy na jakiś kot i wcale tego nie zmyślił. Tylko, że to, co widzi na ścianie, wcale nie jest kodem wszechświata. To jego własny kod.

Interfejs. Kiedy usuwasz plik z pulpitu na swoim komputerze, nie grzebiesz w surowym kodzie, tylko klikasz w ikonę, która jest częścią interfejsu systemu, który z kolei powstał, aby ułatwić ci codzienne użytkowanie komputera. A co, jeśli ewolucja zrobiła to samo z naszym mózgiem, a otaczający nas świat jest właśnie takim interfejsem?

Donald Hoffman, profesor nauk kognitywnych na Uniwersytecie Kalifornijskim, poświęcił ostatnie 30 lat na badanie między innymi tego zagadnienia. Zaczął od podważania wszystkiego, co bierzemy za pewnik: twarzy twojego bliskiego, zapachu kawy, błękitu nieba. Hoffman z pełnym przekonaniem twierdzi, że to, czego doświadczasz, wcale nie jest obiektywną rzeczywistością. To po prostu interfejs wygenerowany przez twój własny mózg. Zestaw użytecznych iluzji skrojonych wyłącznie po to, żeby nasz gatunek przetrwał.

Co najważniejsze, to nie jest tylko luźna filozoficzna teza. Hoffman udowodnił to za pomocą twardej matematyki i symulacji komputerowych. Stworzył wirtualne środowisko, w którym przeciwstawił sobie dwa gatunki. Jedne organizmy widziały świat w 100%. Obiektywnie dostrzegały surową prawdę i całą fizyczną złożoność otoczenia. Drugie widziały tylko radykalne uproszczenie, ograniczone do tego, co pozwalało im zjeść i przeżyć kolejny dzień. Po setkach tysięcy symulacji wynik był bezlitosny. Organizmy widzące obiektywną prawdę wymierały błyskawicznie. przytłoczone nadmiarem bezużytecznych danych. Wygrywały zawsze te, które widziały uproszczony świat. Hoffman nazwał to twierdzeniem "fitness beats truth". W toku ewolucji skuteczność zawsze wygrywa z obiektywną prawdą.

Czasami ten interfejs może się zawieszać podczas śmierci klinicznej, głębokiej medytacji czy potężnych wstrząsów dla organizmu. Kiedy system operacyjny naszego mózgu zaczyna lagować, obraz rzeczywistości traci spójność, a my zaczynamy dostrzegać szwy, na którym trzyma się nasza percepcja. Właśnie w to miejsce uderzył Goler. Jeśli teoria Hoffmana jest prawdziwa, to Dani wcale nie widział, jak działa symulacja. On po prostu doświadczył usterki własnego interfejsu obdartego z warstwy graficznej przez laser i dimetylotryptaminę. A te rzędy znaków przypominające katakane nie były kodem źródłowym wszechświata, tylko kodem własnego mózgu.

Tylko dlaczego akurat te znaki i symbole? Wyjaśnienie jest proste. Gdy system zostaje zalany surowymi danymi po wyłączeniu filtrów, mózg desperacko szuka w tym szumie jakiejkolwiek logiki. Próbuje nadać sens chaosowi, używając jedynych narzędzi, jakie zna: języka i symboli. To rodzi jednak pytanie, które uderza w same fundamenty naszej egzystencji: "Skoro cały ten świat, który widzisz, to tylko bezpieczna nakładka graficzna, to co tak naprawdę czai się pod spodem i czy jesteśmy w ogóle w stanie to zaakceptować?"

Symulacja. Kiedy weźmiesz do ręki zwykły wskaźnik laserowy, wycelujesz go w ścianę i popatrzysz na tę małą kropkę, celowo gubiąc ostrość swojego wzroku, zauważysz, że ona wrze. Świecące drobinki światła bez przerwy się poruszają, dryfują i reorganizują wewnątrz tego jednego punktu. W fizyce nazywamy to zjawiskiem specle. To surowy szum optyczny, wynikający z niedoskonałości powierzchni, od której odbija się światło. Twój mózg przez całe życie uczy się go ignorować, kategoryzuje go jako nieistotny błąd obrazu i po prostu wygasza, aby nie przeciążać systemu.

Ale DMT całkowicie wyłącza ten filtr i tu na scenę wkracza neurobiolog, o którym wspominałem wcześniej, profesor Andrew Kalimore. Badacz, który analizuje wpływ psychodelików na umysł na chłodno, bez wyśmiewania wizji takich ludzi jak Goler. Galimore tłumaczy ten mechanizm bardzo prosto. DMT drastycznie rozbija falę alfa w mózgu, przez co nasz naturalny filtr rzeczywistości po prostu pęka. W ułamku sekundy twój układ nerwowy gubi się w tym, na co faktycznie patrzą twoje oczy, a co samie w tej chwili dopowiada. Mózg zaczyna traktować twoje własne myśli, skojarzenia i zapamiętane obrazy tak, jakby fizycznie ukazały się przed tobą na ścianie. Jeśli będąc w takim stanie zaczniesz spoglądać na wiązkę hasera, twój mózg zacznie walczyć, bo nie znosi chaosu. Za wszelką cenę będzie próbował poskładać to, co widzi, w jakąś całość. Zacznie układać szeregi, siatki i linie. zaczniesz szukać czegokolwiek, co ma sens, jakiegoś wzoru, czegoś, co jest mu znane. Jeśli wychowałeś się w zachodniej popkulturze, oglądałeś Matrixa i kojarzysz japońską katakanę, twój mózg po prostu wyciągnie te znaki z pamięci i nałoży je na chaotyczne krople światła. Ger zamiast kodu wszechświata mógł zobaczyć, jak jego umysł w akcie desperacji chwytał się z znanych mu motywów.

Galimore zastanawia się również, dlaczego obca inteligencja albo system operacyjny wszechświata miałby pisać swój kod źródłowy przy użyciu alfabetu wymyślonego przez japońskich mnichów w wieku. Programista operujący na poziomie galaktyk i atomów raczej nie używałby ludzkiego alfabetu. Dlaczego fundamentalny kod rzeczywistości miałby być w ogóle czytelny dla naszych oczu?

A co z argumentem statystycznym? Skoro dziesiątki ludzi widzą to samo pod wpływem DMT, czy to nie oznacza, że ten ukryty świat faktycznie istnieje? Według Galimora nie. Ci ludzie dzielą po prostu tę samą biologię ludzkiego gatunku i tę samą kulturę. Mają w głowach identyczne schematy z filmów science fiction, więc ich zgliczowane mózgi generują ten sam powtarzalny błąd. Wrzucają te same symbole do tego samego koszyka.

Pozostaje więc pytanie, kto ma rację? Cztery opcje.

Ciekawe jest, jak niewiele potrzeba, żeby podważyć całą naszą rzeczywistość. Nie potrzebowaliśmy do tego zderzacza hadronów za miliardy dolarów ani jakiegoś super komputera. Wystarczył laser, kawałek akustycznej pianki, no i ułamek grama substancji, która wyłącza w mózgu bezpieczniki. Ten nietypowy zestaw bez wątpienia był impulsem, który nieco ożywił dyskusję na temat, z czego tak naprawdę zbudowany jest nasz świat. Jasne, ta dyskusja toczy się od zawsze, ale odkrycie golera jest bez wątpienia czymś nowym. Spójrzmy wspólnie na cztery hipotezy, które próbują wyjaśnić, czego tak naprawdę doświadczył Dani Goller oraz uczestnicy jego eksperymentu.

Sam Goler uważa, że dokonał wyłomu. Uważa, że za pomocą lasera i DNT zhakował barierę naszego świata i zajrzał prosto w kod źródłowy przysłowiowego Matrixa. Jeśli jest to prawda, to wszystko wokół nas: mój film na YouTubie, twój pokój oraz wspomnienia to tylko potężny, na bieżąco generujący rzeczywistość program, a to, co ukazało się ludziom na ścianie, to usterka w ładowaniu tekstur. Ostateczny dowód na to, że jesteśmy tylko NPCtami w czyjejś grze.

Donald Hoffman nie potrzebuje obcych bytów albo superkomputerów, aby dawać do myślenia. W jego teorii nikt nie zamknął nas w gigantycznej symulacji. To po prostu nasz własny mózg bez przerwy generuje nam świat przed oczami. Z tej perspektywy Goller nie zajrzał za kulisy. On tylko wywołał zwykłą awarię we własnym mózgu, która być może pozwoliła mu przekroczyć naturalne granice ludzkiej percepcji.

Trzecia koncepcja jest chyba najbardziej kontrowersyjna, bo zakłada, że DMT fizycznie zdejmuje nasze biologiczne filtry ochronne i otwiera okno na inne wymiary, które przez cały czas znajdują się tuż obok nas. Istoty, te wielkie insektoidy, faktycznie tam są. Majstrują przy tkańce rzeczywistości, a my przez ułamek sekundy stajemy się nieproszonymi gośćmi w ich serwerowni.

Czwarta opcja jest chyba najbardziej trzeźwym spojrzeniem na to zjawisko. Andrew Gallimore uważa, że całe doświadczenie danego golera jest niczym innym jak czystą, fascynującą, ale w 100% biologiczną awarią jego systemu. Zalany chemią mózg nie potrafi zignorować optycznego szumu lasera, więc w akcie desperacji wyciąga z pamięci popkulturowe symbole znane z filmów science fiction i wyświetla je przed ludzkimi oczyma.

Jaka jest więc prawda? Koniecznie dajcie znać w komentarzu, która opcja najbardziej was przekonuje. No i do zobaczenia w następnym materiale. Narka.