Transcription
Są takie rzeczy, które wydają się tak oczywiste, że właściwie przestajemy je w ogóle zauważać. Oddychanie, sen, światło słoneczne i woda towarzyszy nam od pierwszego dnia życia. Jest tak powszechna, że przez tysiące lat traktowaliśmy ją po prostu jak element rzeczywistości.
Tymczasem w ciągu ostatnich kilku dekad wydarzyło się coś niezwykłego. Woda przestała być wyłącznie wodą. Stała się symbolem zdrowia, elementem wellness i bohaterką jednej z najbardziej skutecznych kampanii marketingowych świata. Dzisiaj aplikacje przypominają nam o piciu wody. Influencerzy pokazują poranne rytuały z wodą alkaliczną. W sklepach stoją dziesiątki rodzajów super wody, a internet regularnie przypomina, że większość ludzi jest chronicznie odwodniona. Po kilku minutach na TikToku można odnieść wrażenie, że człowiek żyje na granicy odwodnienia, a uratować go może tylko kolejna butelka wody.
Oczywiście jest w tym ziarno prawdy. Bez wody nie da się żyć. To nie jest ani moda, ani marketingowa narracja, tylko twarda fizjologia. Zwłaszcza latem, kiedy temperatury przekraczają 30 stopni Celsjusza i leżymy godzinami na plaży, co swoją drogą jest dość niemądre, czy próbujemy zdobywać wakacyjny szczyt. Są to sytuacje, kiedy nawodnienie ma naprawdę duże znaczenie.
Problem polega jednak na tym, że pomiędzy nauką a marketingiem powstała ogromna przestrzeń uproszczeń, półprawd i sloganów, które zaczęły żyć własnym życiem. Bo czy rzeczywiście każdy człowiek musi wypijać 2 litry czystej wody dziennie? Czy kranówka faktycznie jest gorsza od butelkowanej? Czy woda oczyszcza organizm?
Żeby odpowiedzieć na te pytania, musimy zacząć od podstaw, od biologii. Organizm człowieka składa się mniej więcej z 60-70% z wody. U noworodków ten odsetek jest jeszcze większy, u osób starszych nieco mniejszy, ale niezależnie od wieku jedno pozostaje niezmienne. Bez odpowiedniej ilości płynów praktycznie żaden układ naszego ciała nie działa prawidłowo.
Woda jest biologicznym środowiskiem życia naszych komórek. Krew w ponad połowie składa się z osocza, którego głównym składnikiem jest właśnie woda, która umożliwia transport tlenu, glukozy i hormonów. Przy niedoborze płynów spada ciśnienie krwi i pogarsza się utlenowanie tkanek. Woda pełni również kluczową rolę w termoregulacji. Człowiek jako organizm stałocieplny musi utrzymywać względnie stabilną temperaturę ciała. W związku z tym, kiedy temperatura otoczenia wzrasta, organizm uruchamia mechanizm, pocenia się. Równie istotna jest rola wody funkcjonowaniu mózgu, który składa się w około 75% z wody. czy w naszym metabolizmie, gdzie woda stanowi główne środowisko reakcji enzymatycznych.
Jednocześnie warto pamiętać, że człowiek nie jest laboratoryjną próbówką, którą trzeba regularnie uzupełniać do danego poziomu. Ewolucja wyposażyła nas w niezwykle skuteczne mechanizmy kontrolowania gospodarki wodnej, ponieważ dla organizmów żyjących na lądzie odpowiednia ilość płynów zawsze była kwestią przetrwania. Dlatego organizm musi nieustannie monitorować stan nawodnienia i bardzo precyzyjnie reagować nawet na niewielkie zmiany.
Jednym z najważniejszych chyba elementów tego systemu jest oczywiście pragnienie. W praktyce jest ono widocznym efektem dużo bardziej złożonego procesu neurohormonalnego. Kiedy organizm zaczyna tracić wodę na przykład przez pod oddychanie albo większą produkcję moczu, zmniejsza się objętość płynów ustrojowych, a jednocześnie rośnie stężenie substancji rozpuszczonych w osoczu krwi, głównie jonów sodu. Innymi słowy, krew staje się bardziej zagęszczona. Te zmiany wykrywają wyspecjalizowane neurony zwane osmoreceptorami, znajdujące się między innymi w podwzgórzu, czyli tej części mózgu, która jest odpowiedzialna za utrzymanie równowagi w organizmie. Pierwszą linią obrony jest pragnienie. Jednocześnie podwzgórze pobudza wydzielanie wazopresyny, hormonu odpowiedzialnego za oszczędzanie wody w organizmie poprzez zagęszczenie produkowanego przez nas moczu. To właśnie dlatego organizm zwykle reaguje na niedobór płynów dużo wcześniej, zanim sytuacja stanie się naprawdę niebezpieczna. Zdrowy organizm potrafi sam skutecznie kontrolować nawodnienie, a naszym zadaniem jest tylko pomaganie mu przez utrzymywanie odpowiedniego bilansu płynów.
W tym miejscu pojawia się pierwsze ważne nieporozumienie, chyba mogę tak powiedzieć współczesnej kultury nawadniania. Woda to nie tylko woda. Brzmi trochę absurdalnie, ale z biologicznego punktu widzenia do bilansu płynów liczy się znacznie więcej niż sama woda mineralna. Organizm pozyskuje wodę także z jedzenia, z kawy czy herbaty. Arbuz składa się przecież w ponad 90% z wody. Ogórek podobnie. Nawet ziemniaki zawierają jej bardzo dużo.
Mimo to współczesna narracja często przedstawia nawodnienie w sposób niemal rytualny. Jakby człowiek musiał regularnie wykonywać serię określonych czynności, najlepiej przy użyciu specjalnej butelki z podziałką godzinową. A nie, czekaj, przecież takie bidony już istnieją. To o tyle ciekawe, że jedna z najbardziej znanych porad zdrowotnych świata, słynne osiem szklanek wody dziennie, nigdy nie miała funkcjonować w formie, jaką znamy ją dzisiaj. Źródłem tej rekomendacji był dokument amerykańskiej National Research Council z 1945 roku. Faktycznie wspomniano w nim, że dorosły człowiek potrzebuje około 2,5 litra wody dziennie. Tyle że niemal zawsze pomija się drugą część tego zdania mówiącą, że znaczna część tej ilości pochodzi z jedzenia. W kulturze popularnej przetrwa wyłącznie prosta liczba. 2,5 l. Osiem szklanek. Łatwy slogan, który można wydrukować na butelce albo na koszulce albo sprzedać w reklamie.
A przecież zapotrzebowanie na wodę zmienia się praktycznie bez przerwy. Zależy od temperatury, aktywności fizycznej, wieku, masy ciała, diety, wilgoci w powietrzu czy wysokości nad poziomem morza. Człowiek siedzący cały dzień w klimatyzowanym biurze ma zupełnie inne potrzeby niż osoba zdobywająca latem Kilimandjaro. Nie istnieje jedna magiczna liczba odpowiednia dla wszystkich. Organizm człowieka nie działa jak samochód, do którego musimy wlać określoną ilość paliwa, żeby jechał.
A jednak internet regularnie straszy nas narracją o chronicznym odwodnieniu. Często pojawia się liczba mówiąca, że nawet 75% ludzi jest permanentnie odwodniona. Problem polega na tym, że trudno znaleźć dobre badania naukowe, które rzeczywiście potwierdziłyby takie twierdzenie. W medycynie odwodnienie to stan, w którym organizm traci więcej płynów niż przyjmuje, a niedobór zaczyna zaburzać funkcjonowanie układów fizjologicznych. Mogą pojawiać się zawroty głowy, problemy z koncentracją, spadek ciśnienia, przyspieszone tętno czy zaburzenia termoregulacji. Rzeczywiście istnieją badania pokazujące, że nawet niewielkie odwodnienie może wpływać na koncentrację i wydolność fizyczną. Utrata około 2% masy ciała w postaci wody potrafi pogarszać funkcje poznawcze oraz zdolność wysiłkową. Tyle że organizm zwykle bardzo szybko to kompensuje. Człowiek zaczyna odczuwać pragnienie już przy utracie niecałego 1%. Prawdziwie niebezpieczne odwodnienie najczęściej pojawia się w konkretnych sytuacjach podczas upałów, chorób z biegunką czy z wymiotami. Czyli dokładnie wtedy, kiedy biologiczne mechanizmy regulacji mogą nie nadążyć za utratą płynów. Niebezpiecznie staje się dopiero podczas upałów lub intensywnego wysiłku. Ale to nadal coś zupełnie innego niż popularna narracja sugerująca, że przeciętny człowiek funkcjonuje niemalże na granicy odwodnienia i powinien obsesyjnie liczyć każdy łyk wody.
Co więcej, fizjologia człowieka pokazuje, że problemem może być nie tylko zbyt mała ilość płynów, ale również ich nadmiar. Tutaj dochodzimy do zjawiska, o którym mówi się znacznie rzadziej niż o odwodnieniu. Mam na myśli hiponatremie. Jest to stan, w którym stężenie sodu we krwi spada poniżej prawidłowego poziomu, najczęściej wskutek nadmiernego rozcieńczenia jej wodą. Sód odpowiada między innymi za gospodarkę wodną i przewodnictwo nerwowe. Objawy mogą być bardzo poważne. Bóle głowy, nudności, zaburzenia neurologiczne, a w skrajnych przypadkach nawet śmierć. Paradoksalnie więc można umrzeć nie tylko z odwodnienia, ale także z nadmiernego nawodnienia. Takie przypadki wielokrotnie opisywano u na przykład maratończyków pijących ogromne ilości czystej wody podczas zawodów.
I tu dochodzimy do kolejnego pytania. Skoro najważniejsze jest samo nawodnienie, to czy rodzaj wody faktycznie ma znaczenie? Chemicznie mogłoby się wydawać, że woda to po prostu H2O, ale w praktyce żadna naturalna woda nie jest idealnie czystą wodą. Wszystkie zawierają różne minerały wapń, magnez, sód, potas czy wodorowęglany. Właśnie na tym zbudowano ogromną część marketingu przemysłu wodnego. W sklepach widzimy wodę źródlaną, mineralną, stołową, alkaliczną, premium, aktywną. Czy skład mineralny ma jakiekolwiek znaczenie? Ma, ale zwykle dużo mniejsze niż sugerują reklamy. Dla większości zdrowych ludzi najważniejsze pozostaje po prostu regularne dostarczanie płynów. Jednocześnie podczas intensywnego wysiłku i dużego pocenia rzeczywiście tracimy elektrolity, głównie sód. W takich sytuacjach wody wysoko zmineralizowane albo napoje zawierające elektroity mogą mieć sens. Tyle że woda nigdy nie była i nadal nie jest głównym źródłem minerałów w diecie. Najważniejsze pozostaje jedzenie.
A skoro mowa o rodzajach wody, trudno ominąć jeden z najbardziej emocjonalnych sporów współczesnej codzienności. Kranówka kontra woda butelkowana. Marketing przez lata skutecznie przekonywał ludzi, że zdrowy człowiek powinien pić wodę z butelki. yyy najlepiej z alpejskiego źródła, wiadomo. Tymczasem rzeczywistość wygląda mniej dramatycznie albo znacznie mniej dramatycznie. W większości polskich miast woda wodociągowa spełnia bardzo rygorystyczne normy jakości. Co ciekawe, normy dotyczące wody kranowej bywają nawet bardziej restrykcyjne niż część wymagań dotyczących wód butelkowanych. Woda wodociągowa jest regularnie monitorowana pod kątem obecności bakterii, metali ciężkich, pestycydów czy takich innych powiedzmy parametrów chemicznych. Co więcej, w ostatnich latach coraz większą uwagę zwraca się na problem mikroplastiku. Badanie opublikowane w Procedings of National Academy of Sciences pokazało obecność ogromnych ilości mikro i nanoplastiku w wodzie z butelki. I to jest dość ironiczne, bo produkt sprzedawany jako czysty dostarcza do naszego organizmu więcej plastikowych cząstek niż zwykła kranówka.
Mimo tego współczesny przemysł wodny to gigantyczny biznes wart setki miliardów dolarów rocznie. Marketing przekonał ludzi, że coś podstawowego można sprzedawać jako produkt premium. Firmy takie jak Nestle czy Coca-Cola przez dekady budowały narrację sugerującą, że zwykła kranówka jest niewystarczająca, a prawdziwe zdrowie wymaga specjalnej wody. W efekcie biologiczna potrzeba została przekształcona w element stylu życia. W wielu miejscach świata wywołało to wywoływało, wywołało, wywołuje ogromne kontrowersje. Lokalni mieszkańcy protestują przeciw pobieraniu ogromnych ilości wody przez wielkie korporacje, argumentując, że ogromne firmy zarabiają miliardy na wspólnych zasobach naturalnych. Jest w tym pewien absurd współczesności.
Bardzo podobny mechanizm widać zresztą w marketingu napojów izotonicznych. Reklamy od lat sugerują, że nawet lekki wysiłek fizyczny wymaga specjalnego produktu sportowego. Tymczasem dla większości ludzi podczas zwykłej aktywności fizycznej całkowicie wystarcza zwykła woda. Izotoniki mają sens przede wszystkim podczas długotrwałego, intensywnego wysiłku połączonego z dużą utratą elektrolitów, czyli wtedy, kiedy człowiek rzeczywiście traci duże ilości sodu wraz z potem. Elektroity są ważne, ponieważ umożliwiają prawidłowe funkcjonowanie mięśni oraz układu nerwowego. Wiele izotoników tymczasem to po prostu woda, cukier i sód w atrakcyjnym marketingowo opakowaniu.
I chyba właśnie to jest najbardziej fascynujące w całej historii o wodzie czy całej historii wody, że udało się przekształcić coś absolutnie podstawowego w produkt obudowany ogromną ideologią zdrowia, sukcesu i dbania o siebie, bo oczywiście odpowiednie nawodnienie ma sens, ma znaczenie, jest ważne, zwłaszcza latem podczas upałów wysiłku fizycznego czy podczas choroby. Ale jednocześnie organizm człowieka nie jest kruchą maszyną wymagającą nieustannego monitorowania każdej kropli. Jest efektem milionów lat ewolucji i całkiem dobrze komunikuje swoje potrzeby. Pragnienie nie jest błędem systemu. To jest właśnie system. Być może największym sukcesem przemysłu wodnego było przekonanie nas, że coś co przez tysiące lat było po prostu wodą, dziś musi mieć slogan, markę, kampanię reklamową i odpowiedni hashztag. I drugie, że naturalne odruchy, naturalne sygnały naszego organizmu, na przykład chce mi się pić, to anomalia, to sytuacja niemal graniczna. Otóż to wszystko nieprawda.